W piątek pierwsze zawody Pucharu Świata w sezonie 2016/17. Jakie towarzyszą panu teraz odczucia? Jest pan trochę zdenerwowany?
Nie, ani trochę. Czemu miałbym być? Wiem, że wykonaliśmy świetną pracę. Grupa była chętna, nie było kontuzji, każdy z zawodników bardzo dobrze trenował w okresie przygotowawczym, nie mieliśmy problemów z pogodą, oddaliśmy tyle skoków, ile chcieliśmy. Nie mam żadnych powodów do obaw i nie mogę się doczekać pierwszego startu.

Lato i konkursy na igelicie były dla polskich skoczków bardzo udane. Maciej Kot wygrał pięć z sześciu zawodów, w jakich startował, na podium stawali także Kamil Stoch i Dawid Kubacki. Będzie powtórka zimą?
Przed pierwszym zimowym konkursem to trochę wróżenie z fusów. Trudno cokolwiek przewidzieć, ale nie oczekujmy, że wyniki będą takie same jak latem. Oczywiście jak ktoś osiąga dobre rezultaty na igelicie to dobrze rokuje przed zimą, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Dla mnie Letnia Grand Prix była o tyle ważna, że dała mi pewność, że wszystko idzie w odpowiednim kierunku. Obrane metody treningowe dawały rezultaty. To było dla mnie najbardziej istotne.

To jakie stawia pan sobie, ale i zawodnikom, cele na rozpoczynający się sezon?
Bardzo trudno je jednoznacznie określić. Będę bardzo zadowolony z tego, jeśli na koniec sezonu dwóch zawodników będzie w czołowej dziesiątce klasyfikacji generalnej PŚ.

Ale zdaje sobie pan sprawę z tego, że oczekiwania polskich kibiców są bardzo wysokie?
Oj tak. Musimy jednak wszyscy twardo stąpać po ziemi. Nie oczekujmy cudów. Proszę sobie przypomnieć miniony sezon i wyniki chłopaków. Pracuję z tą samą grupą zawodników. Bardzo trudno jest z dnia na dzień wrócić na szczyt. Szybciej się z niego spada. Wykonaliśmy bardzo dobrą pracę, myślę, że wszyscy są zadowoleni. Ja również. Tego się trzymajmy i pozostańmy realistami.

Już latem Polacy wygrali przecież klasyfikację Pucharu Narodów...
Naprawdę nie porównujmy skoków na igelicie do tych na śniegu. Wiem doskonale, że apetyty w Polsce są bardzo duże, ale by wrócić na szczyt potrzeba cierpliwości, dużo pracy i czasu. Zwłaszcza tego ostatniego. Nie wolno nam wszystkim teraz popełnić błędu, że nałożymy na chłopaków presję. Z tego nic dobrego później nie wyniknie. Trzeba być spokojnym i konsekwentnym, a wyniki przyjdą. Jestem tego pewien.

Kto jest teraz - pana zdaniem - liderem polskiej reprezentacji?
Trudno wskazać jedno nazwisko. Na pewno każdy ma w sobie potencjał, by być najlepszym, ale gdybym miał postawić na jedną osobę, to chyba na Kamila Stocha. Bardzo dobrze wyglądają także Maciek Kot i Dawid Kubacki. Duże postępy widać u Piotrka Żyły, a są treningi, w których zaskakują mnie Stefan Hula i Klemens Murańka. Często zależy to od dnia. Nie mówiłbym zatem o liderze.

Nie ma pan już problemów komunikacyjnych z zawodnikami? Jak się porozumiewacie?
Nie ma żadnych kłopotów. Mówimy po angielsku, niemiecku i polsku.

Po polsku? Pan też?
Tak, ja też. Nauczyłem się zwrotów, które są ważne w komunikacji na samej skoczni i często ich używam. Bardzo dużo też rozumiem, ale rozmawiać raczej nie próbuję. Jak mam czas, to biorę słownik i się uczę wyrazów, ale wasz język jest bardzo trudny i przyswojenie go nie przychodzi ciężko. Zresztą ważniejsze dla mnie jest, by były wyniki na zawodach.

Dużo testowaliście nowych rozwiązań?
Ostatni tydzień to były ciągłe testy: materiałów, nart, wiązań, butów. To będzie trwało przez cały sezon i tak jest co roku. Każdy ma nadzieję, że wybierze idealnie i mam nadzieję, że nam się uda.

Gdyby mógł pan całe przygotowania do sezonu przeprowadzić jeszcze raz, zmieniłby pan coś?
Mogę śmiało powiedzieć, że plan został wykonany w 99 procentach, więc teraz trudno mówić, że cokolwiek bym zmienił. Jestem zadowolony z tego, co udało nam się zrobić. Wszystkie treningi na torach lodowych, a później na śniegu wyglądały bardzo dobrze, więc nie. Nie potrzebuję cofać czasu.

Jakie plany na te ostatnie dni?
Każdy z nas jest teraz w domu. Taki odpoczynek przed trudnym i długim sezonem wszystkim się przyda. W środę wylatujemy do Finlandii.