"Marit czuje się zagrożona, bo dobrze wie, że bez tych swoich wspomagaczy za bardzo nie miałaby co tu robić i ze mną i z innymi dziewczynami" - uważa wicemistrzyni olimpijska igrzysk w Vancouver w sprincie i brązowa medalistka w biegu łączonym.

Reklama

Kowalczyk cieszy się, że temat został podjęty przez media norweskie i chciałaby, by lek został dopuszczony dla wszystkich zawodników.

"Wiem, że rozpętała się jakaś dyskusja i bardzo się z tego powodu cieszę, bo powinno być tak, że wszystkim dopuszcza się te leki na astmę. A tak się stało, że 90 procent biegaczy, chodziarzy, pływaków czy kolarzy to astmatycy. Ktoś, jak byłam młoda, chyba nie dopatrzył się i zapomniał zrobić także mi papierów. Ja to w ten sposób odbieram" - skomentowała.

Liderka Pucharu Świata uważa, że to właśnie dlatego, iż jest jedną z najlepszych biegaczek, powinna głośno i otwarcie o tym mówić.

"Bo to jest niesprawiedliwe. Norwegowie tak mocno wypowiadają się na temat dopingu w Rosji, który jest bardzo zły, ale sami jednocześnie świadomie przyjmują doping na choroby. To gdzie jest logika?" - pyta Kowalczyk.

Czy sama próbowała robić takie badania? "Oczywiście. Proszę mi uwierzyć, że jako zupełnie zdrowa osoba zabrakło mi pół procenta, żeby ktoś mnie nazywał astmatyczką. Gdybym nauczyła się odpowiednio oddychać, to pewnie takie papiery bym miała" - podkreśliła.

Kowalczyk po zwycięstwie Marit Bjoergen w biegu łączonym na 15 km zarzuciła jej i innym biegaczkom stosowanie leków na astmę, które wpływają na zwiększenie pojemności płuc. Jej wypowiedź wzburzyła norweskie media.