Ciekawych kolegów ma Simon Morris, futbolista z australijskiego Cobden Football Club. Właśnie zaczynał się mecz, gdy niemal połowa drużyny dowiedziała się o pożarze domu ich kolegi. Futboliści nic jednak Morrisowi nie powiedzieli, bo obawiali się, że źle wpłynie to na jego grę. Dom płonął, Morris grał, a jak skończył grać, to i tak wcale nie przejął się spalonym mieszkaniem.
Koledzy nie mieli zamiaru bawić się w złych posłańców. Tym bardziej, że Cobden FC właśnie zaczynał mecz, którego stawką był awans do finału lokalnych rozgrywek.
"Nie ma co się spieszyć z informowaniem Simona" - uznali futboliści. I chyba mieli rację, bo zawodnik... wcale nie przejął się dramatyczną informacją, którą przekazano mu po meczu. Znalazł się w końcu jeden odważny - szkoleniowiec.
"Kiedy trener powiedział, że ma dla mnie złe wieści, myślałem, iż ktoś umarł. Kiedy więc powiedział, co się stało, odetchnąłem z ulgą" - stwierdził Morris, którego cytuje portal pobandzie.pl.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|