Nie zdobyliśmy złota, tylko srebro - wystarczy?
Premier Jarosław Kaczyński: Oczywiście że apetyt rósł w miarę jedzenia. Obserwowałem te mistrzostwa uważnie i po paru meczach zacząłem wierzyć, że
wejdziemy do czwórki. Ale potem graliśmy tak dobrze, że zacząłem marzyć o złocie.
Jest pan rozczarowany?
Bynajmniej. Po pierwsze odnieśliśmy w tych mistrzostwach 10 zwycięstw na jedną przegraną. Gdybyśmy tylko mieli taką proporcję zwycięstw do porażek we wszystkich dziedzinach i we wszystkich
epokach historycznych, to by w zupełności wystarczyło. Poza tym nasza drużyna miała po prostu w niedzielę gorszy dzień.
Nerwy, czy ktoś nam przeszkodził?
Raczej nerwy. Poprzednie mecze wygrywaliśmy z taką klasą, że gdybyśmy podobnie zagrali ostatni, to może przegralibyśmy w setach 3 do 2, bo Brazylijczyczy to jednak doskonały zespół. Ale
wyraźnie coś się musiało z naszymi zawodnikami stać na poziomie psychologicznym. Ja, niestety, nie mogłem oglądać finału. Ale jadąc samochodem na Śląsk, słuchałem relacji radiowej z
pierwszego seta i części drugiego. I to była trochę inna drużyna niż ta, która rozgromiła Serbię czy Bułgarię. Nastąpiła demobilizacja, nerwy nie wytrzymały. Ale to i tak nie szkodzi.
Polscy siatkarze są bohaterami i trzeba ich w kraju jak bohaterów powitać. Ja też to zrobię. Tym bardziej, że mamy teraz taką drużynę, która na igrzyskach olimpijskich może spokojnie
zagrać o złoto. Tylko naszym paniom jeszcze nie poszło tak jak trzeba. Ale myślę, że one też dojdą do formy.
Ostatnie takie sukcesy sportowe mieliśmy w latach 70. ubiegłego wieku.
Piłka nożna pod wodzą Kazimierza Górskiego, siatkówka pod wodzą Wagnera...
Pan to pamięta?
Oczywiście, że pamiętam. Wszyscy to wtedy przeżywaliśmy. Może dlatego, że sukcesy w sporcie zastępowały nam parę innych rzeczy.
A dzisiaj? Też zastępują?
Nie muszą niczego zastępować. Mamy niepodległe państwo, szanowane w świecie. Z gospodarką też wszystko w porządku.
Ale są pewne kłopoty z samopoczuciem i samooceną Polaków. Młodzi emigrują. Nie tylko po to, żeby zarobić, ale dlatego, że Polska nie zawsze im się kojarzy z miejscem, gdzie można w
życiu wygrać.
Jest oczywiście problem, że my byliśmy długo upokarzani jako naród, co po jakimś czasie wytworzyło u niektórych skłonność do samoupokarzania.
Teraz się z tego podnosimy. I tutaj sukcesy sportowe są bardzo ważne. Dzięki temu ludzie przestają się czuć jakąś wspólnotą nieudaczników, tak
jak nas do tego przekonywano.
A jakie sportowe cnoty przydałyby się w polskiej polityce? Waleczność, lojalność, duch gry zespołowej?
Walczeczności to naszym politykom wcale nie brakuje. W sejmie gra się dzisiaj bardzo ostro, jak na mój gust to nawet za ostro. Ale na pewno są problemy z przestrzeganiem zasady fair play.
Zarówno w polityce, jak i w mediach.
Dziennikarze kopią kogoś po kostkach?
Media to raczej sędzia, więc muszą uczciwie rejestrować, kto rzeczywiście jest na spalonym i kto wybił piłkę na aut. A z tym są kłopoty.
Jako kibic jest pan premier profesjonalistą, ale czy sam uprawiał pan
jakiś sport?
Jako chłopiec grałem w piłkę nożną. Podwórkowo. W siatkówkę też grywałem w szkole, choć mniej ją lubiłem i szło mi pod siatką zdecydowanie gorzej. Ale
najbardziej lubiliśmy razem z bratem judo i zapasy.
I kto był lepszy?
Zdecydowanie lepiej szło na macie mojemu bratu. Miał więcej takiego sprytu, który jest w zapasach czy judo potrzebny. Ale ani u mnie, ani u brata to
zainteresowanie nie wyszło poza granice zamiłowań zupełnie amatorskich.