Na ogół jest tak, że jeżeli kierowca miał już dwie poważne awarie samochodu, to potem jedzie ostrożnie. Ale nie Krzysztof Hołowczyc. Polski kierowca wie, że nie ma nic do stracenia, więc nie odpuszcza. Jedzie aż się kurzy.
Po niedzielnym pechowym etapie, w poniedziałek nastroje trochę nam się poprawiły. Początkowo uszkodzenia samochodu wydawały się być tak
duże, że niemożliwe do usunięcia. Ale jedziemy dalej, chociaż brakuje nam tylnego stabilizatora i hamulca na jedno koło" - powiedział polski kierowca po przyjeździe na metę.
"Najważniejsze, że jesteśmy na mecie kolejnego etapu i jeszcze do tego na niezłym miejscu na odcinku specjalnym. Sam jestem tym zaskoczony. Wierzę,
że dzisiaj nasi mechanicy naprawią pozostałe usterki w samochodzie, choć brakuje nam trochę części zapasowych. Ale nie składamy broni, przed nami jeszcze kilka trudnych odcinków specjalnych,
wiele może się wydarzyć" - zapewnił "Hołek".
Poniedziałkowy etap wygrał Francuz Jean Luis Schlesser. W "generalce" pierwszy jest jego rodak Stephane Peterhansel. Pecha miał niedawny lider, Carlos Sainz. Jego samochód "rozkraczył się" na pustyni i Hiszpan stracił bardzo dużo czasu na naprawę. Najlepszy przed poniedziałkowym etapem Giniel de Villiers z RPA też miał problemy. W trakcie jazdy zapalił się silnik w jego samochodzie.
We wtorek uczestników Rajdu Dakar czeka 400-kilometrowy etap wokół miejscowości Nema. Będą mieli do pokonania 366 kilometrów odcinka specjalnego.