W zasadzie to nie ma porównania, bo to jest naprawdę bardzo słaba drużyna. Myślę, że w lidze rosyjskiej nie odgrywałaby żadnej roli. Oczywiście nie miałaby szans na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zresztą nawet nijak ma się do polskich zespołów.
Na pewno nie zgodzę się z tym, że zlekceważyliśmy rywali. Tamto spotkanie było bardzo dziwne. Przecież to my dyktowaliśmy warunki. Estończycy oddali jeden celny strzał i od razu padła bramka. Tak, wiem, że przy moim udziale… Jednak takie bramki też się traci.
Nie zapominajmy, że zagraliśmy wtedy w bardzo eksperymentalnym składzie. Na prawej obronie grał Wojtek Łobodziński, a potem Piotrek Brożek. Zwróćmy też uwagę na to, że to było nasze pierwsze poważne spotkanie po okresie roztrenowania. Przecież Wisła szykowała się na cały sezon, a nie właśnie na Levadię.
Tak, pamiętam. Ale nie zapominajmy, że od pięciu lat jestem stoperem i właśnie na środku obrony czuję się najlepiej. To tyle na ten temat.
Takie dywagacje nie mają sensu. Jedno, co mnie zdziwiło, to brak skuteczności. W lidze rosyjskiej to byłoby nie do pomyślenia. Tam zespoły mają po dwie, trzy sytuacje i z tego muszą zdobywać bramki. Jak wszyscy pamiętamy, w zeszłym tygodniu Wisła stworzyła ich chyba kilkanaście.
Nie ma takiej możliwości. Musimy wygrać i przejść dalej. Nie widzę innej opcji. W zespole jest atmosfera wielkiej mobilizacji. Wynik z zeszłego tygodnia traktujemy jako pewnego rodzaju zimny prysznic, który pobudzi nas do jeszcze lepszej gry.