W ostatnich dniach w mediach częściej pojawiało się pana nazwisko, osoby dotychczas anonimowej, niż Roberta Lewandowskiego czy Wojciecha Szczęsnego. Do tej pory nie było Polaka w sztabie szkoleniowym "Czerwonych Diabłów".
Od 2008 roku aplikowałem kilka razy, wreszcie się udało. Chcę się rozwijać, dlatego wyjeżdżam. W Zniczu Pruszków mając 24 lata byłem już menedżerem akademii. Gdybym miał budżet na poziomie średniej europejskiej, czyli 5 milionów złotych, na pewno nigdzie bym się nie ruszał, tylko stworzyłbym najlepszy ośrodek w Polsce. A zainteresowanie dziennikarzy jest miłe, choć jeszcze niczego wielkiego nie dokonałem.

Reklama

Jak wyglądała droga do wielkiego klubu?
Szkoliłem się na kursach w Anglii, Irlandii, Stanach Zjednoczonych, grałem i dorabiałem jako trener w małych klubach. Ale żeby zapłacić za edukację i rachunki musiałem pójść do zwykłej pracy, w hotelach. Nosiłem walizki, wkręcałem żarówki, sprzątałem parking samochodowy. Później przygotowywałem sale na imprezy, a na nich byłem kelnerem. Najgorszym zajęciem było nocne pranie i prasowanie pościeli. Przez rok zarabiałem też jako recepcjonista w salonie tatuażu, śmieszna robota, uczy tolerancji...

Chyba nie żałuje pan teraz, że ze względu na kontuzje nie zrobił kariery piłkarskiej w GKS i Rozwoju Katowice.
Kilku kolegów gra dalej w piłkę, ale tylko Kamil Cholerzyński jest zawodowym zawodnikiem, w barwach GKS. Michał Skórski występował w ekstraklasie w Zagłębiu Sosnowiec, obecnie w Stali Stalowa Wola. Pozostali w niższych ligach łączą uprawianie sportu z pracą zawodową, inni studiują. Damian Florek został górnikiem, zaś Wojciech Michalski prowadzi firmę, mieszkaliśmy blisko siebie w Irlandii. Często pomagał mi finansowo, kiedy brakowało na kursy trenerskie.

Dlaczego polskim trenerom tak trudno otrzymać pracę w klubach europejskich, nie mówiąc o tych z najwyższej półki?
Nie myślę o sobie: polski trener. Po prostu jestem trenerem, który od 4,5 roku pracuje w zawodzie, a wszystkie kursy zrobił za granicą. Urodziłem się i wychowałem na Śląsku, więc mówiąc o pochodzeniu uważam się za Ślązaka. A dlaczego polscy szkoleniowcy nie potrafią się przebić, nie wiem.

Pana roczny kontrakt z Manchesterem Utd. obowiązuje od marca, a już we wtorek wyjeżdża pan do Anglii. Czym się pan będzie zajmował do tego czasu?
Zamieszkam z narzeczoną w Nottingham, gdzie ona studiuje. Mam zamiar dalej się uczyć, pójdę na następne kursy młodzieżowe, chciałbym troszkę potrenować w jakimś klubie, może znów gdzieś się zatrudnię, aby się nie nudzić. Później mam szkolenie w Man. Utd. i zacznę przygodę z tym klubem. Wierzę, że potrwa dłużej niż rok.

Ilu trenerów, tak jak pan, będzie prowadziło zajęcia z zawodnikami w wieku 8-14 lat?
W tzw. programie rekreacyjnym jest około 70 szkoleniowców. Wszędzie jest konkurencja, bez niej człowiek się nie rozwija.

Jak wysoko sięgają pana ambicje?
Chcę skończyć wszystkie kursy trenerskie w Anglii, co nie jest łatwe. Mam nadzieję przebić się do akademii Manchesteru United, co jest jeszcze trudniejsze, i kiedyś wrócić do Polski. Wtedy zostać menedżerem akademii w klubie, gdzie będę miał przynajmniej 4 miliony złotych budżetu. Super byłoby popracować jako selekcjoner reprezentacji młodzieżowych kraju. Nie wiem, czy chcę pracować z seniorami, może kiedyś. Wszystko chcę realizować na zasadzie małych kroków.

Ile czasu potrzebował pan na opanowanie języka angielskiego. Podobno marzeniem jest praca w Realu Madryt, ale to z kolei konieczność nauki hiszpańskiego.
Po dwóch latach nie miałem żadnego problemu z prowadzeniem zajęć po angielsku. Kilka zdań potrafię powiedzieć po hiszpańsku, mam kolegę z tego kraju, z którym pracowałem w hotelu w Irlandii. Nauczył mnie jak podrywać dziewczyny, więc na imprezie potrafię zaprosić na parkiet do tańca. Ale już nie wykorzystam tych zdolności, bo mam narzeczoną.

Reklama

"Practice does not make perfect, Perfect practice makes perfect" - to pana motto?
Tak, to moje motto w pracy. Co z tego, że ktoś robi coś po dwie czy cztery godziny dziennie, jeśli nie wykonuje tego poprawnie.