Boicie się Legii?
Nie, choć warszawianie są naprawdę mocni, w tej chwili lepsi od nas.

Będą mistrzami?
Myślę, że walka o tytuł potrwa do ostatniej kolejki. Jednak to my zwyciężymy. Dlaczego? Bo mamy większą motywację od rywali. Czekamy na złote medale już dwa lata. Dla mnie taki czas bez mistrzostwa to wieczność. Mój plan jest taki: wiosną triumfujemy w ekstraklasie, latem wchodzimy wreszcie do Ligi Mistrzów.

Naprawdę wierzy pan w awans do Champions League?
Czekam na to sześć lat, trudno w tej sytuacji o poważne deklaracje (śmiech). Ale tak, myślę, że polska drużyna wreszcie przebije się w Europie. Wasza liga jest coraz silniejsza. Technicznie i taktycznie prezentujecie się o dwie klasy lepiej niż w 2001 roku, gdy przyleciałem do Krakowa. To wszystko musi zaprocentować na międzynarodowej arenie.

A jeśli się nie uda, odejdzie pan z Krakowa?
Nie, mam tu kontrakt na dwa lata, chcę go wypełnić. Mało tego, zdradzę panu, że zastanawiam się, czy nie zostać w Polsce na stałe.

Skąd taki pomysł?
Bardzo polubiłem waszą kuchnię, ciężko będzie mi się bez niej obejść w Argentynie (śmiech). A poważnie ? mój siedmioletni synek Tiago lepiej mówi po polsku niż w ojczystym języku. Wasz kraj to dla niego prawdziwy dom. Dlatego może wychowamy go tutaj, a nie w Ameryce Południowej.

Pan też czuje się już Polakiem?
Po części tak. Mam trzy paszporty, wasz, argentyński i włoski. Z tym ostatnim państwem jestem związany najmniej. Nie byłem w Italii od lat. Natomiast do Polski mam olbrzymi sentyment. Choć nie tak wielki, jak do Argentyny. Ona na zawsze pozostanie moim domem. Tam ludzie są otwarci i radośni jak nigdzie indziej na świecie.

Polacy to przy nich smutasy?
Już nie. W ostatnich latach niesamowicie się zmieniliście. Macie pozytywne, luzackie podejście do życia. No i wreszcie się uśmiechacie.

Mówi pan po polsku bardzo płynnie. Dużo czasu zajęła panu nauka języka?
Lekcje brałem przez cały... tydzień. Załatwił mi je dawny prezes Wisły, Janusz Basałaj. Jednak strasznie się męczyłem, dlatego zrezygnowałem. Język najlepiej doskonalić w praktyce, z kolegami w szatni. Wbrew pozorom piłkarze nie używają tylko brzydkich wyrazów (śmiech). Podobnie jak trenerzy.

A propos - którego ze szkoleniowców Wisły wspomina pan najlepiej?
Henryka Kasperczaka. Kapitalny facet. Z olbrzymią wiedzą i poczuciem humoru. Dla niego byliśmy gotowi przenosić góry. Ważnym trenerem jest też dla mnie Maciej Skorża. Dał mi szansę, u niego odbudowałem wielką formę.

Czemu nie grał pan za czasów Dana Petrescu i Adama Nawałki?
Nawałkę jeszcze jestem w stanie zrozumieć. On od razu powiedział, że chce stawiać głównie na Polaków. Był szczery, za to go szanuję. Za to rumuński trener zachował się dziwnie. Posadził mnie na ławie bez słowa wyjaśnienia. Potem przez kilka miesięcy nie raczył ze mną nawet porozmawiać. Mało profesjonalnie to wyglądało. Ale nie chcę się żalić, może porozmawiamy o czymś przyjemniejszym?

Spotkał pan kiedyś swego idola, Diego Maradonę?
Tak, podczas sparingu argentyńskiej młodzieżówki z pierwszą reprezentacją. Nigdy w życiu nie czułem takich emocji jak wtedy. Nie byłem w stanie grać, tylko stałem na boisku i podziwiałem ruchy Diego. A po meczu zrobiłem sobie z nim zdjęcie. Dziś wisi na ścianie w pięknej oprawie.

Może i lepiej, że pan z nim nie walczył. Taki mistrz faulu jak Cantoro mógłby zrobić Maradonie krzywdę.
Tak, na pewno połamałbym mu nogi (śmiech). Myślę, że pogłoski o mojej brutalnej grze są mocno przesadzone. Ja lubię walkę, ale nie jestem jakimś boiskowym chamem. Poza tym technikę też mam niezłą, zapewniam. Umiem dokładnie podać, a także kiwnąć. Potwierdzi to każdy, kto grał u mego boku, choćby Mirosław Szymkowiak.

Chciałby pan znowu z nim zagrać?
Jasne. To świetny chłopak. Ale na pewno nie będę go namawiał na powrót do Wisły.

Z Szymkowiakiem w składzie byłoby wam łatwiej zrealizować marzenia o Lidze Mistrzów. Szkoda, że w Krakowie go nie chcą.
Na pewno... A teraz proszę, niechże już pan nie wspomina tematu Champions League. Mnie naprawdę boli, że jeszcze w niej nie zagrałem. Do dziś śnią mi się mecze z Panathinaikosem Ateny, w których byliśmy tak bardzo bliscy awansu. To straszne koszmary.

A gdyby Legia zdobyła tytuł i awansowała do Ligi Mistrzów, skusiłby się pan na transfer?
Mowy nie ma. Mój dom jest w Krakowie. Poza tym w koszulce Wisły mi tak ładnie, że nie ma sensu niczego zmieniać (śmiech).