Holendrzy chcieli uniknąć Brazylii
Tunezyjczycy już po pierwszej kolejce i porażce 1:5 ze Szwecją zmienili selekcjonera (Francuza Sabriego Lamouchiego zastąpił jego rodak Herve Renard), a po drugiej porażce - tym razem 0:4 z Japonią - stracili szansę wyjścia z grupy F. Już wówczas było wiadomo, że zajmą ostatnie miejsce.
Holendrzy, którzy do spotkania w Kansas City - prowadzonego po raz pierwszy w MŚ przez Meksykankę Katię Garcię - przystąpili jako liderzy, musieli jednak potraktować ten mecz poważnie. W razie spadku na drugą lokatę ich rywalem w 1/16 finału byłaby bowiem Brazylia.
I faktycznie, już po siedmiu minutach prowadzili 2:0, a Tunezyjczykom groziła kolejna wysoka porażka w MŚ. Najpierw samobójcze trafienie po bardzo nieudanej próbie wybicia piłki zaliczył Ellyes Skhiri, a krótko potem - po zagraniu głową Virgila van Dijka - wynik podwyższył Brian Brobbey. Po takim ciosie niżej notowany zespół wydawał się oszołomiony, ale w miarę upływu czasu Tunezyjczycy zaczęli grać coraz odważniej i przede wszystkim poprawili grę w obronie.
Holendrzy musieli zabrać się do roboty
Do końca pierwszej połowy wynik już się nie zmienił, natomiast w 54. minucie Hazem Mastouri popisał się skutecznym uderzeniem głową, strzelając gola kontaktowego.
Holendrzy - nie chcąc ryzykować trafienia na "Canarinhos" w 1/16 finału - musieli wziąć się do roboty. Efekty przyszły szybko. W 62. minucie bramkę - także głową - zdobył Jan Paul van Hecke, choć po drodze futbolówka otarła się jeszcze od jednego z Tunezyjczyków.
Holandia - Maroko w 1/16 finału
"Pomarańczowi" kontynuują swoją niesamowitą serię - nie przegrali 15. z rzędu meczu w mistrzostwach świata, nie licząc rzutów karnych. Ostatniej porażki po 90 lub 120 minutach doznali w finale mundialu w 2010 roku - wówczas po dogrywce 0:1 z Hiszpanią.
Podopieczni Ronalda Koemana wyszli z grupy F jako najlepszy zespół w tabeli i w 1/16 finału zmierzą się z Marokiem. Drugą Japonię czeka spotkanie ze znakomicie spisującą się Brazylią, a trzecia Szwecja na razie jeszcze nie zna swojego kolejnego rywala.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.