Selekcjoner USA oszczędzał swoich piłkarzy
Amerykanie już po dwóch kolejkach mieli zapewniony awans z pierwszego miejsca, natomiast Turcy stracili jakiekolwiek szanse. Nic więc dziwnego, że oba zespoły dokonały licznych zmian w porównaniu ze swoich poprzednim meczem.
W przypadku Amerykanów było ich aż dziewięć; w podstawowym składzie pozostali tylko Ricardo Pepi i Weston McKennie. Trener Mauricio Pochettino postanowił oszczędzić m.in. zawodników, którzy mieli na koncie po żółtej kartce. Natomiast w reprezentacji Turcji doszło do siedmiu roszad.
Turcy uciszyli kibiców gospodarzy mundialu
Początkowo wydawało się, że rozpędzeni współgospodarze mundialu nawet w tak przebudowanym składzie poradzą sobie z Turkami. Już w trzeciej minucie, po dośrodkowaniu z rzutu rożnego, piłkę przyjął niepilnowany Auston Trusty i kopnął mocno z bliska przy tzw. bliższym słupku.
Kibice oszaleli z radości, ale ogłuszający doping dla gospodarzy nie zdeprymował rywali, który na przerwę schodzili z... korzystnym wynikiem. W 10. minucie - po składnej akcji zespołu - gola strzelił Arda Guler, a w 31. - Baris Yilmaz.
Ayhan bohaterem ostatniej akcji
Tuż po przerwie Amerykanie jednak wyrównali za sprawą Sebastiana Berhaltera, a w 58. minucie ich kibice mieli kolejne powody do radości, choć tym razem nie z powodu gola. Na boisko wszedł bowiem wracający po kontuzji i entuzjastycznie powitany Cristian Pulisic z AC Milan, od lat uznawany za najlepszego piłkarza Stanów Zjednoczonych, strzelec 33 goli dla reprezentacji.
Oba zespoły stwarzały kolejne okazje, ale wydawało się, że wynik remisowy już się nie zmieni. Sędzia doliczył siedem minut, a w ósmej - w zamieszaniu podbramkowym - gola na osłodę dla żegnających się z turniejem Turków strzelił z bliska Kaan Ayhan. Po tym trafieniu arbiter zakończył zawody.
Porażka nie zmieniła sytuacji Amerykanów w tabeli, pozostali na pierwszym miejscu. W innym spotkaniu grupy D Paragwaj zremisował 0:0 z Australią, której ten wynik daje awans do 1/16 finału, natomiast drużyna z Ameryki Południowej ma szansę zakwalifikować się z trzeciej lokaty.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.