Polska Agencja Prasowa: Po tak udanym debiucie w głównej drabince turnieju WTA bardziej musi odpocząć pani ciało czy głowa?

Katarzyna Kawa: Głowa, bo bardzo dużo się działo. Eliminacje były rozgrywane od rana, a w turnieju głównym spotkania - przez umowę z telewizją - rozpoczynały się nieraz bardzo późno. Zdarzało mi się wychodzić na kort o godz. 22 czy 23. Nigdy wcześniej nie grałam o takiej porze. Po meczu trzeba jeszcze trochę rzeczy zrobić, potem ciężko zasnąć, więc chodzi się zmęczonym. Przerobiłam tam chyba wszystkie możliwe scenariusze.

Czy sukces w Jurmale był dla pani zaskoczeniem?

Zaskoczył mnie sposób, w jaki wygrywałam mecze. Bo pierwsza runda kwalifikacji było bardzo ciężka. Zwyciężyłam, będąc właściwie na wylocie z turnieju. W głównej drabince na początek znów miałam bardzo trudny mecz. Z kolei w trzech kolejnych zwyciężyłam w dwóch setach praktycznie w godzinę. Wiedziałam, że mnie stać na wygranie tych spotkań, ale nie sądziłam, że będę grać na tyle dobrze, iż tak będą wyglądać wyniki.

Już chyba wcześniejsze wyniki w tym sezonie zwiastowały, że z pani formą jest coraz lepiej...

Dwa tygodnie temu dotarłam do półfinału challengera. Wygrałam tam z rywalką z Top100. Wcześniej byłam blisko przejścia eliminacji Wimbledonu i debiutu w głównej drabince Wielkiego Szlema. W Londynie zobaczyłam na żywo zawodników ze światowej czołówki, nigdy wcześniej nie miałam takiej okazji. To też mi dało dużego "kopa", ale sukces na Łotwie to wszystko przebił. Pokazał mi, że mogę być wyżej niż nawet sama myślałam.

A co pani wcześniej zakładała?

Bardzo długo walczyłam z przejściem takiej osobistej bariery, którą było miejsce w czołowej "200" listy WTA. Znalezienie się w niej pozwala na udział w eliminacjach Wielkiego Szlema. Od zawsze moim marzeniem było, by wziąć udział w imprezie tej rangi i spełniło się ono podczas French Open. W tym momencie wszystkie moje blokady zniknęły i zaczęłam mieć jeszcze większą frajdę z gry w tenisa. Okazało się, że dopiero co weszłam do Top200, a miesiąc później wygrywam z rywalkami z "100". Nie byłam w stanie tego przewidzieć.

Po przejściu ze startów w imprezach niższej rangi do zawodów WTA i Wielkiego Szlema czuła pani stres związany z nowymi, nieznanymi realiami?

Ich otoczka jest zupełnie inna. Dużo większa stawka meczów, ludzie, bardzo dużo się dzieje dookoła tych spotkań. To nie tak, że nie mam w takiej sytuacji nic do stracenia, bo nagle gram spotkania o dużo więcej punktów rankingowych i o dużo większe nagrody finansowe. O tym jednak nie można myśleć. Potrzebowałam trochę czasu, by się do tego przyzwyczaić, odciąć się od pewnych rzeczy i nauczyć się grać na dużych kortach, bo dla mnie to też jest wciąż coś nowego.

Wspomniała pani o otoczce turniejów. Podczas imprez ITF na trybunach dominują małe grupki kibiców?

To zależy od kraju i kultury, np. w USA na trybunach zasiada sporo osób, ale są kraje, w których w ogóle nikt się nie interesuje taką rywalizacją. Czasami wyglądało to tak, że grałam finał i oglądało go tylko... dwóch sędziów. Wtedy się nawet ciężko zmotywować, bo nie do końca człowiek czuje, że walczy się o tytuł. Właśnie z takich turniejów bierze się samozaparcie, wewnętrzną siłę, to hartuje.

Miała pani kiedyś kłopot z pewnością siebie?

Jak każdy zawodnik. Bardzo długo szukałam swojej drogi jako tenisistka, swojego stylu gry. Miałam różnych trenerów, próbowałam różnych podejść. Od pewnego czasu widziałam, że gram coraz lepiej, ale bariera pozostawała. Pokonałam ją podczas imprez ITF w USA, gdzie zagrałam bardzo dobrze i dzięki temu wskoczyłam do "200" światowego rankingu.

Na pani drodze pojawiały się wcześniej kontuzje...

K.K.: W przeszłości dwa razy zbliżałam się do Top250, ale zdrowie nie pozwoliło mi iść dalej. Niecałe dwa lata temu przeszłam operację barku i ona była momentem, kiedy decydowałam, czy chcę w ogóle kontynuować karierę. W przeciwnym wypadku nie byłoby sensu poddawać się zabiegowi. Postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę i po tej operacji wróciłam z podwójną motywacją. Mimo że zaczynałam wówczas od turniejów ITF z pulą nagród 15 tys. dolarów, czyli absolutnie najniższej rangi. Nie było to łatwe, ale przebijałam się krok po kroku i tak to trwa aż do teraz.

Miała pani przygotowany plan B?

Studiowałam fizjoterapię. Nie skończyłam jej, jestem na trzecim roku. Miałam jakiś pomysł, by w to iść dalej, mam też bardzo dużo doświadczenia w styczności ze sportem. Jednak w momencie, kiedy zdecydowałam się jeszcze raz spróbować z tenisem, to zaangażowałam się na sto procent i staram się robić to najlepiej jak potrafię. To, że teraz tak dobrze się układa, daje mi bardzo dużą satysfakcję. Moim wielkim marzeniem było zagrać na kortach im. Rolanda Garrosa w Paryżu. Spełniłam je i zobaczyłam, że mogę więcej. To było, szczerze mówiąc, największym przeżyciem w mojej tenisowej karierze.

Jakie cele pani stawia teraz przed sobą? Trochę musiała pani poczekać na swój przełomowy moment w karierze...

K.K.: Zdaję sobie sprawę, że zajęło mi to dużo czasu, ale też nie uważam, że powinnam zostać z tego powodu skreślona. A niektórzy to już zrobili. Niektóre dziewczyny swój najlepszy tenis grają, gdy mają po 30 lat. Wciąż więc przede mną trochę czasu na rozwój i w ogóle się swoim wiekiem nie stresuję. Moim kolejnym marzeniem jest występ na igrzyskach w Tokio. To ambitny cel. Plusem jest to, że będę teraz grała w coraz większych turniejach, będę się też łapać do głównych drabinek niektórych imprez bez eliminacji. Chciałabym też w przyszłym sezonie mieć zapewnione miejsce w głównej drabince Wielkiego Szlema.