W trakcie czwartkowego ćwierćfinału z Czeszką Karoliną Muchovą korzystała pani z pomocy lekarza. Na ile poważny jest uraz prawego biodra?

Magda Linette: Ostatnio rozegrałam dużo meczów i mięśnie są bardzo spięte. Mecz z Muchovą był bardzo trudny i miałam w nim sporo problemów. Po pierwszym secie pomogła mi fizjoterapeutka. Potem natomiast starałam się pozostać w tym pojedynku jak najdłużej. Nie ma co ukrywać, że Karolina "podała mi rękę" w drugim secie, kiedy wygrałam gema przy jej serwisie. Po takim prezencie nie mogłam odpuścić.

Czyli uraz wynika z przeciążenia?

Tak, ponieważ łącznie z kwalifikacjami zagrałam już sześć spotkań, a miałam w tym czasie tylko jeden wolny dzień. Ostatni mecz kwalifikacji trwał ponad dwie i pół godziny, a rozegrałam dwa sety, co pokazuje jak był zacięty. W turnieju głównym każde starcie było równie ciężkie.

Półfinał już w piątkowy wieczór. Zdąży się pani zregenerować?

Trudno ocenić. Więcej będę wiedziała po rozgrzewce. To nic poważnego i jestem pozytywnie nastawiona. Po drugim secie ćwierćfinału uratowała mnie 10-minutowa przerwa, podczas której wskoczyłam do wanny z lodem. Zregenerowałam się i miałam siłę na trzecią partię. Mam już 27 lat i nie regeneruję się tak szybko jak kiedyś.

Większość pani ostatnich meczów była "na styku", co przy wysokiej temperaturze panującej w Nowym Jorku dodatkowo daje się we znaki.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Codziennie jest ponad 32 stopnie Celsjusza przy 80-procentowej wilgotności. Trudno gra się w takich warunkach, tym bardziej że wychodzimy na kort codziennie i nie ma czasu na odpoczynek.

Zwycięstwa po tak zaciętych meczach dodają pewności siebie?

Oczywiście. Tym bardziej z takimi rywalkami, jak Muchova, która w tym roku pokazuje, że prezentuje już wysoki poziom i na pewno będzie jeszcze lepsza. Ważny był też poprzedni mecz z Białorusinką Aliaksandrą Sasnowicz, z którą nigdy wcześniej nie wygrałam, a w środę przełamałam złą passę. To podnosi morale.

Jest pani zadowolona z występów w turniejach w Kanadzie i USA?

Nie wiem dlaczego w Toronto jeszcze ani razu nie zagrałam dobrze. To był mój trzeci występ tam i za każdym spisałam się fatalnie. Cieszę się, że tak słabe spotkanie jest już za mną. W Cincinnati było już lepiej, choć bardzo szwankował serwis. Byłam blisko celu, ale odpadłam w decydującej fazie kwalifikacji i to bardzo bolało. Ostatnio ciężko pracowaliśmy nad podaniem i efekty tego widać w Nowym Jorku. Przez kilka dni trenowałam po trzy-cztery godziny dziennie i teraz to owocuje.

Nie pani ma obaw, że te codzienne mecze mogą się odbić na dyspozycji podczas zbliżającego się US Open?

Nie mogę podchodzić do tego w ten sposób, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie moja szansa na wygranie turnieju. Nie mogę myśleć, co będzie za tydzień, tylko muszę starać się wycisnąć maksimum z każdego spotkania, każdej imprezy. Bronx Open jest bardzo ważny i jeśli go wygram, moja kariera może się inaczej potoczyć. To byłby mój pierwszy wygrany turniej WTA. Jako profesjonalistka nie mogę inaczej do tego podchodzić.

Punktem zwrotnym obecnego sezonu było zwycięstwo w Manchesterze w turnieju ITF?

Wydaje się, że tak, ponieważ wcześniej nie wygrałam żadnego turnieju od ponad dwóch lat. Brakowało mi kilku kolejnych zwycięstw, dobrej serii. Uważam, że powinnam już mieć na koncie jakieś wygrane turnieje WTA, jeżeli mam się rozwijać. Kiedy zatem zeszłam na niższy poziom, to udowodniłam sobie, że takie turnieje jestem w stanie wygrać bez większych problemów – do finału doszłam pewnie i szybko. Teraz więc pora na triumf w zawodach WTA.

W pierwszej rundzie US Open będzie miała pani okazję do rewanżu z Australijką Astrą Sharmą (95.WTA) za kwietniową porażkę w Bogocie...

Bardzo się cieszę z tego losowania. Po raz pierwszy od sześciu lat na początku US Open nie będę grać z nikim rozstawionym, np. Sereną Williams lub liderka rankingu Karoliną Pliskovą. Za każdym razem miałam piekielnie trudne pierwsze mecze. Sharma jest w moim zasięgu i jak najszybciej chcę się zrewanżować. Porażka w Bogocie wciąż mi doskwiera.

Z Nowego Jorku - Marcin Cholewiński/PAP