Debiutujący w kończącej sezon imprezie masters i rozstawiony z numerem siódmym Hurkacz ma na koncie dwie porażki. Najpierw uległ w trzech setach i po dobrej grze Rosjaninowi Daniiłowi Miedwiediewowi (2.), a następnie przegrał w dwóch partiach z Włochem Jannikiem Sinnerem, który jako rezerwowy zastąpił w obsadzie kontuzjowanego rodaka Matteo Berrettiniego. Wobec tego, by znaleźć się w "czwórce" wrocławianin nie tylko musi pokonać Zvereva (3.), ale też liczyć, że wieczorem broniący tytułu Miedwiediew, który jest już pewny awansu, wygra z Sinnerem.
Niemiec, który ma bilans 1-1, jest w bardziej komfortowej sytuacji. Przepustkę do półfinału zapewni mu zwycięstwo nad Polakiem, bez oglądania się na wynik pojedynku zamykającego rywalizację w Grupie Czerwonej.
Gracz z Hamburga choć jest rówieśnikiem Hurkacza, to jest od niego znacznie bardziej doświadczony i utytułowany. Zna już smak triumfu w ATP Finals - poznał go trzy lata temu. W kolejnym sezonie zmagał się z kryzysem formy, ale w obecnym znów bryluje - wygrał cztery turnieje ATP oraz wywalczył w Tokio olimpijskie złoto.
W przeszłości zawodnicy ci zmierzyli się raz - dwa lata temu w Madrycie w 1/8 finału po trzysetowym spotkaniu górą był Niemiec rosyjskiego pochodzenia. Tam jednak rywalizowali na ziemnej nawierzchni, a teraz czeka ich mecz na korcie twardym i to w hali. Wówczas też Zverev był czwartą rakietą świata, a Hurkacz 52. Obecnie różnica jest znacznie mniejsza - jest trzeci, a wrocławianin dziewiąty.
Obserwujący z boksu Polaka jego mecz z Sinnerem Wojciech Fibak w rozmowie z dziennikarzami zwrócił zaś uwagę, że podopieczny trenera Craiga Boyntona podkręcił nieco stopę przy ślizgu podczas jednej z akcji. W środę niektóre włoskie media zaczęły sugerować, że być może Hurkacz nie przystąpi więc do meczu ze Zverevem. Wskazywały też, że nie trenował tego dnia na korcie. Tak samo jednak zawodnik, który w tym sezonie wygrał trzy turnieje ATP i dotarł do półfinału wielkoszlemowego Wimbledonu, postąpił po pierwszym meczu w Turynie. Zamiast tego zdecydował się wówczas na zajęcia z trenerem przygotowania fizycznego. Jak na razie pogłoski o jego ewentualnym wycofaniu się nie znalazły oficjalnego potwierdzenia.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.