Skoro do oddalonego od Polski o prawie dziewięć tysięcy kilometrów Whistler zdołało przybyć tylu polskich fanów, trudno się dziwić, że w kraju wybuchła po raz kolejny "Małyszomania". Przeprowadzono nawet przed konkursem na dużej skoczni akcję zapuszczania wąsów, na znak jedności i wsparcia dla "Orła z Wisły".

"Nie chcę o tym myśleć, co tam się dzieje. Mój kuzyn Sylwek napisał mi smsa, że gazety tytułują strony "King is back" (z ang. król powrócił), ale mam nadzieję, że w końcu wejdzie taka moda, że ja nie będę musiał golić wąsów, a ludzie zaczną je zapuszczać" - śmiał się Adam Małysz po dekoracji srebrnym medalem w Whistler.

Przed wylotem do Vancouver nasz skoczek zaapelował do kibiców, by dmuchali w telewizory. "Oj, musieli porządnie dmuchać. Mam nadzieję, że nie pospadały z półek. Myślę, że nie tylko ja, ale i większość Polaków modliła się o to, by było dobrze" - skomentował czterokrotny medalista olimpijski.

Małysz na każdym kroku powtarza, jak ważni są dla niego kibice. "To, co się tutaj dzieje, jest niesamowite. Przyjechało tylu Polaków z całego świata, by mnie dopingować, że to wręcz niemożliwe" - podkreślał.

Urodzony 32 lata temu zawodnik KS Wisła Ustronianka odebrał w sobotę z rąk Ireny Szewińskiej swój drugi srebrny medal olimpijski wywalczony w Whistler. Na najwyższym stopniu podium stanął, podobnie jak tydzień wcześniej, Szwajcar Simon Ammann, a na najniższym Austriak Gregor Schlierenzauer.