Jean, obsługujący bar przy korcie Suzanne Lenglen, przywitał mnie z błyskiem w oku. "Nie jest źle, będzie padać" - powiedział. Jean o takich prognozach pogody na Roland Garros marzy w snach przez cały rok. Deszcz to bowiem wzmożony ruch w barze. Pięć razy więcej kaw, dziesięć razy więcej wina. Wódki tylko trzy razy, bo Rosjanie powoli przerzucają się na lżejsze alkohole.

Dla Jeana mogłoby padać przez cały turniej. Organizatorzy turnieju nie podzielają radości sympatycznego barmana. Idący w miliony dolarów biznes, który robią na kilku hektarach gruntu w pobliżu Lasku Bulońskiego, opiera się jednak na grze w tenisa. A w niedzielę tej gry było niewiele. Tylko Rosjanin Marat Safin na korcie centralnym zdążył pokonać w trzech setach 6:1, 6:3, 6:1 Hiszpana Fernando Vicente.

Resztę meczów przerwano z powodu siąpiącego równo deszczu. Może to i dobrze dla Amerykanki Sereny Williams, która miała duże problemy w meczu z waleczną Bułgarką Cwietaną Pironkową. Gdy wyganiano zawodniczki z kortu, tenisistka USA przegrywała w pierwszym secie 5:6.

Nasza Agnieszka Radwańska trenowała z młodszą siostrą Urszulą na korcie numer 11, kiedy jeszcze z nieba nic nie leciało. Ale co to był za trening... Zaledwie trzy kwadranse, z czego ostatni nerwowy, bo pojawili się już następni w kolejce i krążyli w pobliżu, czekając, aż Polki skończą.

Inne wieści z obozu Radwańskich (w Paryżu siostrom towarzyszy nie tylko trenujący je ojciec, ale także mama) są i dobre, i złe. Dobra to taka, że ze Stambułu, gdzie Polki wygrały turniej w deblu, doleciały rakiety, buty oraz stroje. Odetchnęliśmy z ulgą. Jak pamiętamy, kilka tygodni temu z Budapesztu do Rzymu sprzęt nie dotarł.

Gorsze wieści dotyczą losowania. Agnieszka na Roland Garros zmierzy się w pierwszej rundzie z Włoszką Marą Santangelo. Jeśli wygra, co wcale nie jest pewne, i potem jeszcze odniesie jedno zwycięstwo, to w 1/16 finału czeka ją pojedynek z najlepszą obecnie tenisistką na świecie, Belgijką Justine Henin. "Trzeba wygrywać z każdym, jeśli chce się awansować do czołowej dziesiątki" - mówił Robert Radwański, ale nie ukrywał, że byłby bardziej zadowolony, gdyby córka trafiła w pierwszej fazie turnieju na gwiazdę nie takiej wielkości.

O tej samej porze co siostry Radwańskie wypróbowywali korty dwaj wielcy faworyci turnieju męskiego Hiszpan Rafael Nadal i Szwajcar Roger Federer. Ten drugi ćwiczył z nieznanym zupełnie francuskim juniorem. Treningowi przyglądał się mężczyzna w średnim wieku, który czasami coś mówił do najlepszego tenisisty świata.

To Pierre Paganini, specjalista od przygotowań fizycznych. Mówią, że jest wirtuozem w swoim fachu, ale trudno, żeby było inaczej w przypadki człowieka noszącego takie nazwisko. Paganini powiada, że Roger nigdy nie był w tak dobrej kondycji jak obecnie. "Psychika i ciało to naczynia połączone" - wyjaśniał wirtuoz dziennikarzom. "Jeśli jeden z tych elementów szwankuje, z drugim jest to samo" - mówił Paganini. A Roger jest w tej chwili znakomicie usposobiony po zwycięstwie nad Nadalem w Hamburgu. Resztę sobie dośpiewajcie.

Na razie jednak śpiewają mistrzowie. Nagrali dwa utwory reklamujące turniej we francuskiej telewizji. Nadal śpiewa "La Bambę", a Federer "Simply the best". Poszło im całkiem nieźle, choć Tina Turner w tym drugim przeboju jest trochę bardziej ekspresyjna niż Szwajcar. Ale to oczywiście rzecz gustu. Tak jak pogoda.