Holenderski obrońca był zawodnikiem Feyenoordu, Realu Madryt i angielskich klubów. Po zakończeniu kariery został drugim trenerem Feyenoordu, gdzie przez pewien czas asystował Beenhakkerowi.

"Leo potrafi godzinami opowiadać o innych krajach, zwyczajach ludzi. To prawdziwy fanatyk futbolu, potrafi siedzieć do późnej nocy, tocząc debaty piłkarskie, ale jego wielką siłą jest to, że nie zapomina, iż żyje tu i teraz. Wie, że nie liczy się tylko i wyłącznie sport. Żywo interesuje się światem" - mówi.

Słowa te potwierdza dziennikarz holenderskiego tygodnika „Voetbal International” Chris Tampelman, który mówi o Beenhakkerze: "Facet ma niesamowite poczucie humoru. Można do niego zadzwonić o każdej porze dnia i nocy i zapytać dosłownie o wszystko. Ma opinię na każdy temat. Czy to wojna w Zatoce Perskiej, czy smak nowej wody sodowej".

Słynie z poczucia humoru. Jeden z jego byłych podopiecznych Hans van Breukelen (mistrz Europy i zdobywca Pucharu Mistrzów) jego dowcip nazwał bardzo suchym, ale śmiesznym, i faktycznie jest to adekwatne określenie. Co ciekawe, na początku pobytu w Polsce sprawiał wrażenie człowieka niezwykle serio traktującego wszystko i wszystkich naokoło.

Ostatnio jednak coraz częściej pozwala sobie na humor. A może to opina publiczna nauczyła się jego specyficznego dowcipu i już potrafi go wyłapywać. Po meczu z Rosją w Moskwie - do przerwy 0:2 dla Rosji, po 90 minutach 2:2 - zapytany, czy krzyczał na piłkarzy w przerwie, najpierw popatrzył zdziwiony na pytającego, a później spokojnie odparł: "Nie, wszedłem do szatni całkowicie spokojny, mówiłem do nich szeptem, troszkę pośpiewałem..." - po czym podnosząc głos skończył. "Oczywiście, że krzyczałem. Darłem się jak cholera! Ale pomogło".

Van Breukelen wspomina mecz z 1988 roku, gdy PSV Eindhoven, którego był bramkarzem, grał w półfinale Pucharu Mistrzów z prowadzonym przez Beenhakkera Realem Madryt. "Pamiętam, jak po tamtym spotkaniu, kiedy broniłem naprawdę świetnie i dzięki moim interwencjom to PSV awansował do finału, Beenhakker na konferencji prasowej powiedział niby całkiem poważnie:<Awansowali, bo na poprzeczce Van Breukelena siedział anioł>”.

Jego podejście do wykonywanych obowiązków charakteryzuje niesamowity luz i dystans. "Po zwycięstwie Polski z Portugalią w holenderskiej telewizji połączono się na żywo z Beenhakkerem" - opowiada jego dawny ulubieniec John van Loen, który z Don Leo spotkał się w reprezentacji Holandii i później w Ajaksie Amsterdam. "Rozgorączkowany dziennikarz pyta, jak to się stało, że sensacja, że niespodzianka. A Leo spokojnie, beznamiętnym tonem odpowiedział: <Wygraliśmy. Spokojnie. Bez problemu>".

Ten właśnie luz wszystkich w Beenhakkerze ujmuje. Van Breukelen mówi: "Żałuję, że nie zrozumiałem tego wcześniej, ale powinienem już jako piłkarz nauczyć się od Beenhakkera spokojnego podejścia do życia. On naprawdę potrafi korzystać z jego uroków. Widać to było szczególnie po tym, jak wrócił z Realu Madryt. Stał się typem południowca. Zamienił papierosy, które wcześniej palił, na markowe cygara. Zaczął pić mnóstwo kawy i prowadzić nocny tryb życia. Zaczął też częściej się pojawiać w towarzystwie pięknych kobiet".

To jednak nie dzięki luzowi i takiemu podejściu do życia Beenhakker święci triumfy. To nie dzięki paleniu cygar Polska po raz pierwszy w historii awansowała do finałów mistrzostw Europy.

"Beenhakker nie jest wielkim taktykiem" - mówi Danny Blind, który z Beenhakkerem miał styczność trzykrotnie. Najpierw w reprezentacji Holandii, później w Ajaksie, wreszcie za trzecim razem, gdy Blind został trenerem Ajaksu, a Leo był dyrektorem sportowym w tym klubie. "Jego największym atutem nie są teoretyczne rozważania i rozpisywanie wszystkiego na czynniki pierwsze. Jego siłą jest umiejętność dotarcia do psychiki piłkarzy".

Słowa te potwierdza Van Breukelen: "Wiedział dokładnie, kogo trzeba poklepać po plecach, z kim pożartować, a kogo wziąć na długą i poważną rozmowę. Do każdego podchodził całkowicie indywidualnie. Mnie na przykład wystarczało, jak spojrzał w oczy i podniósł kciuk w górę. Wtedy wiedziałem, że mi ufa i że wykonuję dobrą robotę" - wspomina Van Breukelen. "Nie wiem, skąd on ma tę umiejętność, ale nie ma co się dziwić. Jest od czterdziestu lat w tym biznesie. Żeby jednak było jasne: nie jest ignorantem w kwestiach taktyki. Nie utrzymałby się przez tyle lat w futbolu i nie odniósłby tylu triumfów, gdyby był".

Wszyscy jego dawni zawodnicy podkreślają, że Beenhakker umie zintegrować grupę dwudziestu kilku facetów w walczący o wspólny cel zespół. W jego drużynie wszyscy czują się potrzebni.

"Przez długi czas byłem w jego reprezentacji tylko rezerwowym" - opowiada Blind. "Ale nigdy nie czułem się z tego powodu pokrzywdzony. Beenhakker potrafił zrobić tak, że czułem się integralną częścią zespołu. To nie jest łatwe przekonać do swoich racji człowieka, którego odsyła się na ławkę rezerwowych".

"Beenhakker zawsze interesował się życiem prywatnym zawodników. I nie było to sztuczne ani wymuszone, tylko autentycznie go te kwestie obchodziły. Chciał wiedzieć, jak ci się układa z żoną, z dziećmi. Dzięki temu czuliśmy się w relacjach z nim jak partnerzy, koledzy, a nie jak podwładni w stosunku do szefa" - opowiada Blind. "Pamiętam, jak pewnego razu pozwolił wziąć piłkarzom na zgrupowanie żony i dziewczyny" - wspomina Metgod. "Gdy my chodziliśmy na treningi, narzeczona Beenhakkera organizowała czas paniom. Chodziły na zakupy albo na basen. Wieczorem wszyscy się spotykaliśmy, jedliśmy wspólny posiłek. Nigdy nie byłem na równie integrującym zgrupowaniu".

Sam Beenhakker doskonale wie, że dostał od natury pewien dar. I chętnie to podkreśla, kreując się lekko na człowieka obdarzonego nadprzyrodzoną mocą: "Mogę analizować każdego piłkarza ze wszystkich stron. Patrzeć, czy jest prawo-, czy lewonożny. Stary czy młody, ładny, czy brzydki. Na końcu i tak liczy się tylko moje przeczucie".

Wyobraźmy sobie, gdyby takie zdanie powiedział jeden z polskich trenerów. Przecież media nie dałyby mu żyć, a fora internetowe pełne by były szyderczych komentarzy. Beenhakkerowi nie dość, że uchodzi to na sucho, to jeszcze jest traktowane w kategorii prawdy objawionej. Podobnie jak słynne już: „Im dłużej my mamy piłkę, tym krócej ma ją przeciwnik”. Toż to zwykły banał. Żadna tam genialna myśl taktyczna. W ustach Beenhakkera urosła jednak do credo polskiego futbolu.

Niektórzy Beenhakkera uważają za wielkiego aroganta. Człowieka, który zawsze stara się zdeprecjonować przeciwnika.

"On specjalnie tak mówił o rywalach, bo starał się nam wmówić, że jesteśmy najlepsi na świecie. Piłkarz, który ma pewność siebie, od razu gra dużo lepiej" - mówi Van Loen. "Kiedyś, gdy Feyenoord grał w Pucharze UEFA z VfB Stuttgart, dziennikarze nagabywali Leo na temat przeciwnika. Co pan sądzi o niemieckim futbolu, padło pytanie z sali" - opowiada Tampelmann.

"Haben Sie eine stunde" - zapytał po niemiecku, a potem zapytał z wyraźnym lekceważeniem: "To oni w ogóle grają w piłkę?”.

"Leo wygłaszał najlepsze przemowy, jakie słyszałem. Potrafił tak nakręcić chłopaków przed meczem, że wychodzili na boisko z przekonaniem, że mogą wszystko" - wspomina Metgod.

Teraz też stara się wmówić naszym piłkarzom, że mogą wszystko. Już po zakończeniu eliminacji mistrzostw Europy powiedział: "Chcę, żeby moi piłkarze myśleli o złotym medalu".

Ostatnim, który już przed mistrzostwami kazał naszym piłkarzom myśleć o złotym medalu, był Jerzy Engel w 2002 roku. Jak to się skończyło, wszyscy niestety doskonale pamiętamy. Dwie porażki w dwóch pierwszych meczach i wygrana w meczu o nic z USA.

Oby i tym razem się okazało, że Beenhakkera od naszych szarych i niedouczonych trenerów dzieli prawdziwa przepaść. Że jak magiczny Don Leo każe naszym piłkarzom myśleć o złocie, to nasi te złoto przywiozą. A tak już całkiem na poważnie, to niech chociaż awansują z grupy. To i tak będzie olbrzymi sukces. Jakoś wszyscy wierzą, że z kim jak z kim, ale z Leo u steru to się musi udać.