Wygląda na to, że walczy pan o tytuł króla strzelców?
Jakiś cel trzeba w życiu mieć (śmiech). Zobaczymy jak będzie, ale żeby zdobyć koronę grając w takim klubie jak Arminia, trzeba się sporo namęczyć. W trakcie rundy mam jakieś trzydzieści sytuacji do strzelenia gola. Napastnik Bayernu ma ich siedemdziesiąt. Oczywiście zdarzają się przypadki takie jak Theofanisa Gekkasa z Bochum, który wykorzystał to co miał i został królem strzelców. Co da mi jednak tytuł króla strzelców jeśli klub miałby spaść? Jeśli moja bramka nic nam nie daje,
to wolę asystę na 1:0 w 90. minucie.

Można powiedzieć, że w tym sezonie ma pan swoje kolejne pięć minut?
Myślę, że nie. Jeśli tych "pięciominutówek" jest kilka, to znaczy, że po prostu dobrze gram. Jestem tu od 1999 roku i chyba jakąś markę sobie wyrobiłem w Niemczech. W piłce na dłuższą metę nie ma przypadku. Umiejętności prędzej czy później biorą górę nad układami, fartem czy nieuczciwą rywalizacją.

Układami?
Dokładnie tak. Przez lata nauczyłem się, że jeśli jesteś miłym, fajnym kolegą, to w końcu dostajesz po tyłku. Czasem trzeba być bezwzględnym. Powiedzmy sobie szczerze: jeśli ty grasz, to inni nie grają. Jeśli jesteś napastnikiem, to siłą rzeczy podświadomie czekasz na kontuzję kolegi z ataku. Nawet najlepszego kolegi. Dlatego zazwyczaj moimi przyjaciółmi są zawodnicy, którzy grają na innych pozycjach.

Skąd u pana taka forma w tym sezonie?
Trudno powiedzieć. Nie robię nic innego niż robiłem do tej pory. Ciężka praca i szczęście. Napastnik go potrzebuje. Oczywiście szczęściu trzeba pomóc. Raz się trafi kolanem, raz plecami, a innym razem nie trafię z metra do pustej bramki. Poza tym gram na środku ataku, a nie jak w Hercie na skrzydle. W moim wieku nie ma czasu na eksperymenty.

W Bielefeld czuje się pan chyba jak u siebie w domu. Z tym klubem ma pan najmilsze wspomnienia?
Znają mnie tu, szanują i nazywają "Królem Arturem". Ale na stałe tu nie zostanę, wrócę do Polski.

Arminia to szczyt pańskich możliwości? Patrząc z perspektywy czasu mogło być lepiej?
Pewnie, że tak. Ale nie wszystkim polskim piłkarzom udaje się zrobić tak zawrotną karierę jak Jurkowi Dudkowi. Generalnie jednak nie jest źle, poza tym epizodem z Hertą. Nie zapominam, że ludzie mówili: "Wichniarek nie zrobi kariery, bo to chłopak z porządnej i bogatej rodziny. A piłka nożna to sport blokowisk". Chyba udowodniłem, że się mylili, że nie trzeba zakończyć edukacji na szóstej klasie podstawówki, żeby zostać piłkarzem. Mój sukces polega na tym, że ja zawsze kochałem piłkę i nie grałem w nią dla pieniędzy. Oczywiście wciąż ją kocham, ale mam rodzinę i w pierwszej kolejności musisz myśleć o jej utrzymaniu.

Temat Herthy jest zamknięty, ale temat kadry - chyba nie. Liczy pan po cichu na powołanie na mecze z Kazachstanem albo Węgrami?
Pewnie, że z przyjemnością usłyszę o powołaniu, ale generalnie nie podnieca mnie specjalnie temat reprezentacji. Gdybym tym się przejmował, to mógłbym źle skończyć. Jak sobie to pan wyobraża? Że codziennie latam do skrzynki pocztowej, by zobaczyć czy przypadkiem nie ma powołania? Dziękuję, to nie dla mnie, za duży jestem. Zresztą zawsze było tak, że najpierw wszyscy domagali się powołania mnie do kadry, a później jak nie strzeliłem dwóch bramek, to była po mnie -jazda.

Nie przesadza pan?
Nie sądzę. Zresztą jakiś taki dziwny jest ten mój układ z kadrą. Straciłem w niej miejsce w momencie, gdy zacząłem grać regularnie w Niemczech.

Arminia po pięciu kolejkach zajmuje drugie miejsce. O co walczycie?
O to co zawsze - o utrzymanie. Zespół gra coraz lepiej, sporo się poprawiło. Poza tym jest nowy stadion, mieści 30 tysięcy widzów. Prędzej czy później trybuny się zapełnią. Teraz musimy zacząć wygrywać ze słabszymi zespołami. Z silnymi potrafimy grać, zawsze jakieś punkty urwiemy. Jesteśmy wysoko, ale nie ekscytujemy się zbytnio. Szczególnie, że w poprzedniej kolejce na ziemię sprowadził nas Duisburg (Arminia przegrała 0:3).