Jest pan pierwszym człowiekiem, który zgasił uśmiech na twarzy trenera Legii Jana Urbana. Jak to się robi?
Ameryki nie odkryłem. Wiedzieliśmy doskonale, że jeśli linia obrony Legii zostanie poddana presji, może się pomylić. Wiedziałem też, że to najsłabsza formacja rywali. Nie przypuszczałem tylko, że popełni błąd tak szybko.

Gol dla Korony padł po błędzie Augustyna. Nie powie pan, że to też przewidział przed meczem?
I tu się pan zdziwi. Na odprawie przed spotkaniem pokazałem moim piłkarzom na wideo trzy kiksy Błażeja. Zapamiętali dobrze te fragmenty. Futbol to czasem niuanse. Dobrze, że mój zespół potrafił wykorzystać ten jeden mały szczegół. Augustyn popełnił błąd, a my strzeliliśmy gola.

Legia pana rozczarowała?
Grała bardzo dobrze. Mocno zagęściła środek pola, miała sytuacje do strzelenia gola. Gorzej było na skrzydłach. Ale ten mecz to już historia. O Legię ja bym się nie martwił. Poradzi sobie, bo ta drużyna ma coś bezcennego. Walczy i gra konsekwentnie swoje, do samego końca, nawet kiedy przegrywa.

Piotr Reiss zna się jednak na piłce. To on zawyrokował, że "Legia dostanie w Kielcach w ucho". Intuicja czy fart?
Słyszałem o tym, co mówił Piotrek. Może to bardziej życzeniowe myślenie niż znawstwo. Tak naprawdę wszyscy w lidze chcieli, żeby w Kielcach Legia przegrała.

Aż tak?
Tak, bo przez pryzmat wyników Legii cała reszta wypadała blado. Siedem meczów, siedem zwycięstw. Zaczęli odjeżdżać. Dlatego w piątek każdy czekał. Może się potkną...

Pana piłkarzom to zwycięstwo nie zaszkodzi? Trzeba będzie spuścić trochę sody z głów?
To zwycięstwo doda im dużej wiary we własne możliwości. Niech się nim delektują, zasłużyli na to. Dostali wolną niedzielę, jeszcze jeden dzień na myślenie o triumfie, bo później będą musieli o tym zapomnieć. Chwile chwały są krótkie.

Miał pan ciężki tydzień. Stres przed meczem z Legią, oszczerstwa Dariusza Wdowczyka na łamach prasy.
Adrenalina przed meczami jest zawsze. A ta druga sprawa... Cóż, czasem brakuje komuś logiki. Ludzie nie umieją szukać błędów u siebie, tak jest łatwiej. I tracą czas na intrygi i dziwne scenariusze. Mam gdzieś te insynuacje. Nie interesuje mnie to. Obchodzi mnie teraz tylko praca w Koronie.

Prezes Klicki rok w rok powtarza, że jeśli gra się w pierwszej lidze, to walczy się o mistrzostwo. Czy jednak z takim zespołem można o tym myśleć?
Takie cele trzeba sobie stawiać. Pamiętam, że rok temu nikt nie liczył na duet Lubin -- Bełchatów w walce o tytuł. Na początku tego sezonu wydawało się, że układ sił wrócił do normy. Legia i Wisła wystartowały znakomicie. Ale to może się jeszcze różnie potoczyć. Dla mnie miejsce w trójce będzie ogromnym sukcesem.

Tylko tyle? Widać, że w Kielcach nie ma pan takiej presji jak w Warszawie.
Presja jest wszędzie -- nawet w trzeciej lidze. W Polsce panuje jednak dziwna zasada. Każdy oczekuje od ciebie więcej niż masz i naprawdę możesz dać. Stąd na końcu czasem jest rozczarowanie.

Korona czasem zawodzi, głównie na wyjazdach.
U siebie gramy świetnie, nie straciliśmy punktu i gola. Na wyjazdach jest gorzej, ale nie chcę o tym mówić tak często, aż dodatkowo obciążę piłkarzom psychikę. Wiem na co ich stać, a oni wiedzą, co mogą poprawić. Wiem, że każdy z nich może grać jeszcze lepiej. Do końca rundy jesiennej wielu z nich dostanie ode mnie szansę. A jeśli chcemy poważnie myśleć o mistrzostwie, ten zespół musi być zimą wzmocniony. Już rozglądamy się za nowymi piłkarzami.

Jaka jest największa różnica pomiędzy Legia a Koroną?
W Warszawie piłkarze mają większą wiarę w swoje umiejętności. Już sam fakt, że znaleźli się w Legii daje im dodatkową siłę. Ci w Kielcach są na pewno bardziej skromni i pracowici. Co oczywiście nie oznacza, że piłkarze Legii to lenie. Po prostu jest drobna, ale wyczuwalna różnica - zauważa Zieliński na łamach DZIENNIKA.

Jest w pana drużynie ktoś, kto zrobi wkrótce karierę?
Pamiętam jak kiedyś graliśmy z Legią w Bełchatowie i wtedy był tam wychwalany przez wszystkich Radek Matusiak. Marnował sytuacje podbramkowe, nie wyglądał na boisku jakoś rewelacyjnie. A potem przyszły gole w lidze, powołanie do kadry, bramki dla reprezentacji. Czasem piłkarzowi potrzeba trochę szczęścia, ale tylko pod warunkiem, że ma prawdziwy potencjał. Kilku moich zawodników na pewno go ma. I wkrótce świat o nich usłyszy.

Paweł Janas dotrzymał słowa i nie wtrąca się do składu?
Przed sezonem dużo rozmawialiśmy o budowie zespołu. Gdy tylko zaczęły się rozgrywki Paweł zajął się swoimi sprawami - jako dyrektor sportowy ma ich dużo. Uwierzecie mi lub nie, z Pawłem Janasem rzadko rozmawiamy, a już na pewno nie na temat składu. W Koronie ja jestem trenerem i mam w tym autonomię.