"Spotkaliśmy się wczoraj z Grzegorzem Latą. Cieszę się, że nie tylko więcej japońskich arbitrów przyjedzie do Polski, ale i wasza reprezentacja przyjedzie do nas" - powiedział DZIENNIKOWI Kenji Ogiya, który właśnie przebywa w Polsce na wymianie.

PZPN myśli, że dostał gwiazdkę z nieba. Wcześniej z Japończykami - jeśli chodzi Europę - wymieniały się tylko największe federacje: angielska, hiszpańska czy portugalska. Z mniejszych krajów na wyjazd do Azji mogli liczyć tylko najlepsi (Lubos Michel). "W przyszłości PZPN nie może liczyć na lepszą wymianę" - twierdzi jeden z działaczy.

Dlatego też współpracę Japonii z Polską można traktować jak ewenement. Działacze PZPN poczytują to sobie niemal za zaszczyt (i okazję to fajnych wakacji w Japonii). Każdy - nawet odsunięty nieco na boczny tor Michał Listkiewicz - jak nie spotkał się już z Ogiyą i jego asystentami, to chce się z nimi spotkać. Wczoraj rozmawiali z nimi Lato i Mirosław Ryszka.

"Muszę was pochwalić za odwagę" - powiedział Lato na spotkaniu, odnosząc się do meczu Zagłębie - Ruch, w którym Ogiya pokazał dziewięć żółtych kartek. "Jestem bardzo zadowolony z wymiany, widzę że dla obu stron jest ona pożyteczna i wszyscy chcą ją poszerzyć" - dodał.

Jak się dowiedzieliśmy, wiosną nastąpi trzecia część wymiany, która jeszcze obejmie polskich i japońskich sędziów międzynarodowych. Z czasem jednak, przy aprobacie JFA a aplauzie PZPN, wymiana zostanie rozszerzona na arbitrów krajowych, z perspektywą kariery w FIFA, którzy byliby wyznaczani na mecze I i II ligi. Ponadto, jeszcze przed mistrzostwami Europy, kiedy będziemy rozgrywać dużo meczów towarzyskich, możemy zmierzyć się z Japonią. I tam, i w Polsce. Bardzo prawdopodobne, że dostaniemy nawet zaproszenie na turniej Kirin Cup, co roku rozgrywany w Japonii (w ostatniej edycji, poza gospodarzami, startowały Belgia, Chile).

"Wiem, że w JFA są bardzo zadowoleni z tej wymiany, zresztą to japońska federacja wpadła na ten pomysł" - mówi nam Ogiya. "Polacy mogą się nauczyć w J League innej mentalności, sędziowania innego stylu gry, przede wszystkim szybszego. Bo Japończycy są mniejsi, nie przepadają za fizycznym kontaktem i nie grają tak siłowo jak Polacy. Głównie biegają" - tłumaczy.

A czego może nauczyć się japoński arbiter w Polsce, poza tym, że sędziego może każdy obrażać i że nie wszędzie na świecie są ładne stadiony na kilkadziesiąt tysięcy ludzi? "Piłka wszędzie jest taka sama, ale w różnych miejscach świata inaczej się ją kopie. Japończycy sędziują głównie spotkania w Azji, rzadko w Europie. Jak jest u nas jakiś mecz towarzyski, to przyjeżdżają arbitrzy z Korei albo Chin. Dla nas wizyta w Polsce to świetna okazja, aby nabrać niezbędnego doświadczenia i wszechstronności" - uważa Ogiya.

Poziom polskiej piłki go zaskoczył. In minus. Jego asystent dał mu płyty DVD z meczami ekstraklasy. Na szczęście z tymi lepszymi, nieco zniekształcającymi ogólny wizerunek ekstraklasy, więc Ogiya nie zdążył się zniechęcić już przed przyjazdem. "Sądziłem, że jest tu wyższy poziom, ale nie narzekam. Wszystkie mecze, które tu do tej pory sędziowałem, były ciężkie. Teraz jedziemy na spotkanie Lecha z Polonią. To czołówka, a nie dół tabeli" - uśmiecha się.

W ostatnim meczu Zagłębia nie było mu do śmiechu, gdy zobaczył jak walczą dwie takie sobie drużyny. Pokazał dziewięć żółtych kartek i dwie czerwone. Nie przesadził trochę? "W J League w jednym meczu pokazałem maksymalnie siedem żółtych kartek. To nie moja wina, że piłkarze w Polsce grają tak, a nie inaczej. Przepisy dokładnie określają granicę, gdzie jest żółta, a gdzie czerwona kartka. Gdy zawodnik ją przekracza, pokazuję kartonik. Być może niektóre faule, jakie w Azji kwalifikują się na karę, w Anglii uchodzą płazem, ale to nie nasza wina. Przepisy FIFA są jasne i powinny obowiązywać wszędzie" - wzrusza ramionami Ogiya. "A zresztą po meczu spotkałem się z obserwatorem. Powiedział, że mogłem pokazać nawet więcej żółtych kartek. Być może po takiej karze w przyszłości będzie mniej fauli na boisku. Widowisko na tym zyska" - dodaje.

Nie jest przyzwyczajony do tego, że ktoś się nie zgadza z jego decyzją. Zresztą, nawet jeśli jakiś polski piłkarz miał obiekcje, to zaraz rezygnował z dyskusji. "Bariera językowa mnie uratowała. To kolejny plus tej wymiany - żadnych kłótni" - śmieje się Japończyk.