Brazylia ma swoją Maracanę, Anglia Wembley, Francuzi Bercy, a Stany Zjednoczone Madison Square Garden. To więcej niż stadiony i hale. Atmosfera jest tam niesamowita, a wielkie wydarzenia - nie tylko sportowe - zazwyczaj przechodzą do historii wraz z nazwą areny.

Spodek to najwspanialsza siatkarska arena świata, katowickie Old Trafford, Teatr Marzeń. W którym odśpiewany przez 11 tysięcy widzów Mazurek Dąbrowskiego robi znacznie większe wrażenie niż śpiewane wcześniej w tej samej hali przez Stinga „Shape of my heart" lub „Nothing Else Matters” Metalliki.

Spodek to mekka naszej siatkówki, ale jego legendę stworzyli 31 lat temu hokeiści. W meczu otwarcia mistrzostw świata pokonali wtedy Związek Radziecki, a stawką tego spotkania było coś dużo ważniejszego niż punkty i sportowy sukces. Do rywalizacji siatkarzy nie musimy mieszać dumy narodowej i dorabiać ideologii, ale... zwycięstwo nad Rosjanami, z którymi konfrontacja jest bardzo możliwa w sobotnim półfinale, na pewno ucieszyłoby kibiców nie mniej niż ewentualny sukces z Brazylią w finale. Z Brazylią, która od lat nie przegrała żadnego ważnego meczu i której gwiazdy, takie jak Giba, Nalbert, Sergio i Andre czarują na światowych boiskach nie mniej niż Charłamow, Tretiak i Malcew na lodowych taflach 31 lat temu. Tak jak Rosjan czeka ich teraz polski test w magicznym Spodku.

Ostatnio tak się ułożyło, że większość najważniejszych imprez siatkarskich odbywa się w Japonii, gdzie gigantyczne hale świecą pustkami nawet na największych szlagierach. Zapełniają się tylko na mecze gospodarzy. W Polsce będzie inaczej: tysiące kibiców, dla których zabrakło wejściówek, będą oglądać mecze na telebimie przed halą, a finałom Ligi Światowej towarzyszyć będzie wiele imprez, koncertów, konkursów. Jak podczas mistrzostw świata w piłce nożnej. Dla Giby ryzykiem będzie nawet wyjście z hotelu, bo w Polsce traktowany będzie jak celebrity, wielka gwiazda. Na ulicy rozpoznają go od razu tłumy, co będzie miłym zaskoczeniem. W Japonii może nie zaczepiany przez nikogo chodzić po sklepach.

Głównymi bohaterami będą jednak Polacy, to będzie ich Wielki Tydzień. "To nasz dziesiąty sezon w Lidze Światowej i nigdy nie byliśmy nawet na podium. Czas to zmienić. Wierzymy, że dojrzeliśmy do tego, by osiągać wielkie wyniki" - zapowiada kapitan reprezentacji Polski Piotr Gruszka. Wraz z kolegami nabrał wiary we własne możliwości po wygraniu w grudniu srebrnego medalu mistrzostw świata.

Z japońskiego mundialu wrócił do kraju inny zespół. Wcześniej o pokoleniu obecnych 30-latków mówiło się, że nie ma meczu, którego nie są w stanie przegrać. Teraz cały świat wie, że nie ma spotkania, którego Polacy nie byliby w stanie wygrać. Zwłaszcza przed własną publicznością. Przez ostatni rok rozegrali 34 mecze, wygrali aż 33. Jedyna porażka przyszła z Brazylią, w tokijskim finale mundialu.

"Teraz marzy nam się rewanż. Możemy ich pokonać" - zapowiadają zgodnie wszyscy nasi siatkarze. "Uwielbiam Polskę. Waszych kibiców, wasz kraj, waszą siatkówkę. Kocham tu przyjeżdżać, choć parę razy przegrałem" - mówił w ubiegłym roku specjalnie dla „Dziennika” Nalbert Bitencourt, jeden z najlepszych siatkarzy w historii. Mistrz olimpijski, mistrz świata, trzykrotny zwycięzca ligi światowej, który teraz wrócił na boisko po krótkiej przygodzie z siatkówką plażową.

"Jestem Brazylijczykiem, więc na pierwszym miejscu muszę postawić mój kraj. Ale tylko dlatego. Bo wasza publiczność jest wspaniała" - mówił Nalbert. Zapytany o spotkanie, który najbardziej utkwiło mu w pamięci, nie tylko w naszym kraju, ale w ogóle w całej wspaniałej karierze, odpowiedział po krótkim namyśle - "Mecz przeciwko Polsce w katowickim Spodku, w finale Ligi Światowej w 2001 roku. To jedno z tych spotkań, które pamiętam najbardziej po swoich 14 latach w kadrze. Na trybunach było kilkanaście tysięcy szalonych kibiców, każdy w białym lub czerwonym stroju. Bardzo pomagali Polsce, ale zdołaliśmy was pokonać. Ten mecz dodał nam wiele pewności siebie, był rzeczywistym początkiem naszej drogi do wielkich sukcesów. Zaczęło się właśnie w Katowicach, gdzie po raz pierwszy w karierze wygrałem Ligę Światową. Potem dołożyłem jeszcze dwa takie trofea" - dodaje.

Brazylijczycy w tym wieku Ligę Światową wygrali sześć razy, przegrywając tylko finał 2002 z Rosją. Uchodzą za niedościgły ideał. Niesamowici w ataku, jeszcze lepsi w obronie, perfekcyjni w bloku. Doświadczeni, a jednocześnie nadal głodni sukcesu, potrafiący cieszyć się każdym wygranym punktem. Nienawidzący przegrywać.
"Jeśli ktoś jest w stanie ich pokonać, to tylko Polska" - nie ma wątpliwości drugi trener reprezentacji Włoch, pracujący w zeszłym sezonie w Jastrzębiu Tomaso Totolo. A jeśli gdzieś możemy pokonać Brazylię, to tylko w Spodku. Właśnie tu wygraliśmy z nią dwa razy w Lidze Światowej w 2002 roku.

"Dwa razy po 3:2, po kapitalnych meczach. W pierwszym było bodaj 4:11 w decydującym secie, gdy serwować zaczął Dawid Murek. I wygraliśmy przy ogłuszającym dopingu kibiców. Na boisku i na trybunach było szaleństwo, obcy ludzie rzucali się sobie w ramiona. Działy się cuda" - wspomina Marek Magiera, który od lat wraz z Grzegorzem Kułagą jest animatorem dopingu, części siatkarskiego show. "Kiedyś to całe opakowanie imprezy było ważniejsze od produktu. Teraz, na szczęście, jest inaczej. Ludzie coraz lepiej rozumieją siatkówkę. Już nie przychodzą tylko na zabawę i tylko dlatego że taka jest moda, a tak robiło wielu z nich, a po to, by zobaczyć zwycięstwa" - mówi.

Magiera twierdzi, że nigdzie nie ma tak dobrego kontaktu z publicznością, jak w Spodku. "Zastanawialiśmy się dlaczego i doszliśmy do tego, że znaczenie ma okrągły kształt hali. Ludzie siedzą wokół boiska, jak wokół ogniska, czują większą bliskość, jedność" - mówi. Ma rację. Ten katowicki krąg jest magiczny.

Drogi kibicu piłki nożnej, jeśli nadal nie wiesz, dlaczego tysiące ludzi spędzą od środy długie godziny w hali i dlaczego miliony zasiądą przed telewizorami, spieszymy z wyjaśnieniem: wyobraź sobie oto, że do Polski przylatuje Brazylia - ale nie ta obecna, pełna zmanierowanych gwiazd, a ta z lat 60–tych i 70–tych, z genialnymi Pele i Garrinchą w szczytowej formie. Możesz być pewnym, że pokażą sztuczki lepsze niż czarodzieje z koszykarskiego Harlem Globtrotters, którym zresztą płaci się za show, a nie wynik, co bardzo upraszcza zadanie. Wyobraź sobie dalej drogi kibicu futbolu, że ten dream team zagra przeciwko Polsce, wsparty dodatkowo przez Ronaldinho (bo tylko do niego da się chyba porównać Gibę, najlepszego siatkarza świata). Że mecz odbędzie się na wypełnionym po brzegi Stadionie Śląskim i że Polska wcale nie będzie stać na straconej pozycji.

Zabrakło ci wyobraźni? To nie proszę nawet, byś wyobraził sobie zwycięstwo Polaków i to nie w meczu towarzyskim, a takim o stawkę, o zwycięstwo w prestiżowej imprezie. Po prostu przestań lekceważyć siatkówkę, też włącz telewizor i żałuj, że nie będzie cię w Katowicach. Bo tam niczego nie musiałbyś sobie wyobrażać. Polska naprawdę ma szansę pokonać najwybitniejszą reprezentację XXI wieku. A atmosfera w hali i wokół niej będzie nie gorsza niż na sambodromie w Rio de Janeiro.