Dziennik Gazeta Prawana logo

Panczenistki w nagrodę dostaną halę?

28 lutego 2010, 22:22
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Polskie panczenistki sięgnęły po 50 latach po brązowy medal igrzysk olimpijskich. "W Soczi tych krążków będzie więcej. Także w konkurencjach indywidualnych" - prorokuje Helena Pilejczyk.

To coś cudownego. Widać, cuda się zdarzają mówiła po biegu Katarzyna Bachleda-Curuś. Katarzyna Woźniak długo nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Spojrzałam na czas i zobaczyłam, że tracimy do Amerykanek blisko sekundę. Pomyślałam sobie: nie damy rady. Ale jak minęłyśmy linię mety, okazało się, że mamy brąz dodała warszawianka.

Igrzyska to odrębne zawody. Mieliśmy wiele przypadków, gdy po medale sięgali zawodnicy, którzy nie mieścili się w dziesiątce Pucharu Świata. Choćby Niemiec Jens Boden, który wygrał brąz w Salt Lake City na dystansie 5000 m. A medal naszej drużyny w porównaniu z jego wyczynem to znacznie mniejsze zaskoczenie. W Vancouver wystąpiło tylko osiem najlepszych ekip świata. A to nie jest tak, że jedzie ten, kto chce. Trzeba zająć miejsce w ósemce na trzech Pucharach Świata mówi Paweł Zygmunt, medalista mistrzostw Europy i świata, czterokrotny olimpijczyk.

Sukces polskiej ekipy przyszedł niespodziewanie. Po słabych występach indywidualnych, w których nasi panczeniści osiągali jedne z najsłabszych czasów, wielu postawiło na nich krzyżyk.

Pokazały wspaniały charakter. Z Japonkami przegrały niewiele, o ułamki sekund, a mogły przecież walczyć nawet o złoto. A z Amerykankami to było coś wspaniałego. Trochę się poczułam, jakby to był prezent dla mnie, w końcu medal został wywalczony niemalże w rocznicę mojego osiągnięcia (21.02.1960) uważa Helena Pilejczyk, brązowa medalistka sprzed 50 lat ze Squaw Valley. Ten sukces zmobilizuje dziewczęta do większego wysiłku, doda im także wiary, że mogą wygrywać indywidualnie. W Soczi będziemy cieszyć z więcej niż jednego krążka dodaje.

czytaj dalej

Co będzie dalej z polskimi z panczenami? Mimo ogromnych tradycji, medali w imprezach międzynarodowych, polscy łyżwiarze szybcy to ubodzy krewni przy takich potęgach jak Niemcy, Holendrzy czy Kanadyjczycy i Amerykanie. Warszawski tor Stegny to rozpadający się zabytek, który nie nadaje się nawet do jazdy amatorskiej. A mimo to jeszcze w ubiegłym roku odbyły się na nim mistrzostwa Polski. Wizerunek związku ratuje nowoczesny obiekt w Zakopanem otwarty przed rokiem. Naszym największym problemem jest brak hali. Musimy wydawać pieniądze, by trenować w Berlinie, USA, czy w Holandii, zamiast w Polsce. Potrzebny jest też tor w Elblągu, skąd pochodzi bardzo wielu zawodników, gdzie pracuje też trenerka Ewa Białkowska. Wystarczyłby taki na 330 m, gdzie można by było organizować mistrzostwa Polski mówi Zygmunt.

Hala miałaby powstać w miejsce toru Stegny. Obiekt z trybunami na przynajmniej 6 tys. widzów mógłby służyć nie tylko panczenistom, ale też hokeistom. Warszawa w końcu też mogłaby się ubiegać o organizację zawodów z cyklu Pucharu Świata, a kto wie, czy i nie imprez takich jak mistrzostwa Europy lub świata.

Niestety mimo że projekt powstał przed wielu laty, nadal nie znalazły się odpowiednie fundusze na jego realizację. Mam nadzieję, że teraz coś drgnie. Że ta hala stanie jeszcze za mojego życia mówi Pilejczyk.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj