Kilka minut po szóstej do zabrzańskiego mieszkania Roberta S. zapukali policjanci z opolsko-wrocławskiej grupy rozpracowującej korupcję w polskim futbolu. Dwie godziny później identyczny scenariusz powtórzył się w Warszawie. Zmienił się tylko główny bohater. Policjanci przyjechali do stolicy po jednego z najbardziej znanych polskich arbitrów - Roberta W.
Obaj panowie już wczoraj trafili do Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu: S. pojawił się wczesnym przedpołudniem, zaś W. w policyjnych murach zagościł późnym popołudniem.Powód ich "wizyty" jest ten sam: przyjmowanie łapówek w zamian za sędziowanie korzystne dla wręczającego pieniądze. Kwoty, jakie brali za "odpowiednie" prowadzenie spotkań, wahały się od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Robert W. powinien szczególnie dobrze dogadywać się z prokuratorami, bo sam jest z wykształcenia... prawnikiem. Nie przeszkodziło mu to jednak robić rzeczy, które z prawem mają niewiele wspólnego. Tak przynajmniej twierdzą policjanci i śledczy. W. nie zawahał się podyktować karnego Arce Gdynia w spotkaniu z KSZO Ostrowiec, w sezonie 2004/2005. Wtedy, dzięki pomocy arbitrów, klub z Trójmiasta przy pomocy sędziów awansował do ekstraklasy.
Robert W. lubił robić głośny imprezy. Po jednej miał sprawę w sądzie grodzkim. Wyznał, że zarabia 2 tysiące złotych miesięcznie za sędziowanie. Wtedy prokuratury nie zainteresowało, skąd zatem W. ma pieniądze na luksusowe mieszkanie na strzeżonym osiedlu w Warszawie i drogi samochód. Teraz na pewno mu się dokładnie przyjrzą.
Natomiast Robert S. z Zabrza to znany sędzia drugoligowy. Był bliskim współpracownikiem byłego szefa arbitrów na Górnym Śląsku Mariana D., który już dwukrotnie był zatrzymywany w sprawie korupcji i samego Ryszarda F. ps. Fryzjer, uważanego za ojca chrzestnego polskiej mafii sędziowskiej. S. podyktował karnego Arce w sezonie 2004/2005, gdy w "cudowny" sposób klub z Gdyni awansował do ekstraklasy. "Jedenastkę" odgwizdał w spotkaniu przeciwko Koronie Kielce.