O polskiej szkole pływania
„Trenuję już ponad 20 lat. Z przyjemnością widzę, jak bardzo zmieniło się podejście do treningów ze strony polskich trenerów i zawodników. Kiedyś była moda na lenistwo, a na
zawodach strach. Teraz jest moda na pracę. Okazało się, że można zdobywać medale, sukces stał się faktem. Imponuje mi to, że nikt nie osiadł na laurach. W kadrze stale próbuje się czegoś
nowego. Wyprzedzamy Europę. Impuls i energię do tego dał sukces Otylii Jędrzejczak osiągnięty po treningach w Polsce. Wtedy zaczęto wierzyć w to, że można szukać nowych rozwiązań.
Uważam, że to dobrze, że nasi pływacy przestali wyjeżdżać do USA. To było dobre, kiedy w Polsce nie było wyników, pomysłu na trening. Teraz różnice, głównie w mentalności, pomiędzy pływaniem w Stanach i w Polsce się zatarły. Najlepsi ścigają się w kraju i dzięki temu wyniki bardzo poszły w górę i podniósł się poziom dyscypliny, a w wielu konkurencjach aż gęsto jest od Polaków w czołówkach rankingów.
Mamy polską szkołę pływania, czyli grupę zmotywowanych ludzi, których łączy uczciwa, ciężka praca. Dzięki niej rządzą na 200-metrowych dystansach. To szkoła oparta na dużej liczbie
przepłyniętych kilometrów, ale mądrze, bo nie ma reguły, że kto przepłynie więcej, ten będzie lepszy.
Ja wyłamałem się z tej szkoły, bo na swoim dystansie bardziej niż o kilometry dbam o detale techniki. Polskich trenerów te mniej interesują, ale coraz częściej się o nie pytają. Czyli
ewolucja trwa.
O chorym systemie
Nie lubię, gdy porównuje się nas z lekkoatletycznym wunderteamem sprzed 50 lat. Jak ktoś potrzebuje porównań, powinien przymierzyć infrastrukturę i warunki rozwoju dyscypliny w Polsce i w
innych krajach. Nie wiem, czy jest choć jeden w Europie, który ma gorsze od nas.
Niby buduje się u nas baseny, ale żadnego takiego, na którym można rozegrać międzynarodowe mistrzostwa lub zorganizować bazę treningową dla kadry. O tym jednak decydują politycy. Myślę, że oni nie chcą zbudować obiektu dla wyczynowców, bo wiedzą, że nie będzie można na nim zarobić. Niestety, chcąc mieć dobre wyniki w dyscyplinie, trzeba w nią inwestować. Kraje, w których demokracja już okrzepła, to rozumieją.
A w sytuacji jaką mamy, pływacy muszą być ponad 200 dni na zgrupowaniach. Ja bym czegoś takiego nie wytrzymał. Oni żyją stale na walizkach. Podziwiam moich kolegów. Ale wiem od nich, że już mają tego dość. Siedzą miesiącami w miejscowościach, gdzie jedyną atrakcją jest kino. Nie chodzą do szkoły, nie rozwijają się.
Znam ludzi, nawet medalistów olimpijskich, którzy mieli za zadanie tylko trenować. Teraz, po skończeniu kariery czują się zagubieni, wpadają w głebokie depresje. To grozi Polakom. Marne
są widoki na przyszłość takiego systemu. Jak to się nie zmieni, po igrzyskach w Pekinie nasza kadra się rozleci i na kilka lat skończą się sukcesy.
O planach na nowy rok
Moje plany ograniczam do startu w marcu, w mistrzostwach świata w Melbourne. Takie zawody w Australii to dla pływaka ogromne przeżycie. Nie zapomnę igrzysk w Sydney. Tam pływacy byli idolami,
bohaterami.
Cała sztuka polega na tym, by przed startem być obok tego szaleństwa, skupić się na swojej pracy. Nie tracić energii na przeżywanie dodatkowych emocji. Natomiast po starcie trzeba chłonąć tę atmosferę. Pływacy nigdzie nie są tak doceniani, jak w Australii. Tam można się dowartościować.
Będę startował tylko na 50 m kraulem. Postawiłem na najkrótszy dystans w Berkeley, bo chciałem mieć czas, by jak najwięcej korzystać ze studiów. Nie żałuję tej decyzji. Nie wypaliłem się. Pływanie jest moim hobby, którym zajmuję się jak najbardziej profesjonalnie. I strasznie mnie kręci. Bo niby każdy medal waży tyle samo, ale najszybszym pływakiem świata będzie ten, który wygra w Melbourne 50 m kraulem”.