Jak można trafić w tak małą tarczę z tak dużej odległości?
Justyna Mospinek: Jak to w tarczę? Ja muszę trafić w jej środek. No, przynajmniej w dziewiątkę. I jest to możliwe.

Reklama

Stoję obok pani i ledwo widzę całą tarczę. Więc chyba niemożliwe.
Ja też nie widzę dziesiątki, bo ma 12 cm, a strzelam w końcu z 70 m. Czasami nie widzę, jak strzała leci. Po strzale przez lupę patrzę, w co trafiłam i robię ewentualne korekty. To nie jest prosty sport.

Co decyduje o tym, że strzała leci w dziesiątkę?
Każdy strzał trzeba oddać tak samo. Po kolei – ułożenie ręki na majdanie, zaczepienie palców na cięciwie i naciągnięcie. Powtarzalność jest bardzo duża, prawie stuprocentowa. No, przynajmniej taka powinna być. Gdybyśmy strzelały w tunelu, gdyby na wynik nie miały wpływu warunki atmosferyczne, strzały zawsze leciałyby w dziesiątkę.

Kiedy można przerwać pojedynek?
Kiedy walą pioruny. W tym roku przerwali też Puchar Świata, kiedy rozpętała się nawałnica deszczu i wiatru. Warunki były ekstremalne.

W Pekinie warunki atmosferyczne też nie są przychylne przez dużą wilgotność i smog widoczność jest bardzo słaba. Bardzo to pani przeszkadza?
Trochę przeszkadza. Rano było aż szaro, a wtedy gorzej widać matę. Na szczęście po południu było lepiej.

To musi być bardzo stresujący sport.
Bardzo. Granica między zwycięstwem a porażką jest tu bardzo cienka. Strzelamy w parach. Tylko ja i rywalka. Walczymy systemem pucharowym, więc teoretycznie lepszy strzela z gorszym, ale to tylko teoria. Pojedynek to zaledwie 12 strzałów, on decyduje o wszystkim. Trwa 20 minut, a w takim czasie nawet ten słabszy zawodnik może mieć lepszą dyspozycję. Na oddanie strzału mamy 30 sekund - w tym czasie musimy się naciągnąć, wycelować i wypuścić strzałę.

Jak ważna jest psychika? Podczas pojedynku stoi pani obok rywalki, widzi pani, jak ona strzela.
Na dodatek w finale każdy strzał jest głośno omawiany przez komentatora. Są więc emocje i nerwy. Ale na tym ten sport polega. Nie ma chwili, by człowiek się nie denerwował. I trzeba to opanować. Trzeba opanować drżenie rąk. Trzeba wierzyć w siebie. Wiedzieć, że jest się dobrym. Chociaż nie, dobrym to za mało - najlepszym. Nie ma miejsca na najmniejsze wątpliwości we własne umiejętności.

Można jakoś sprowokować rywala, wyprowadzić go z równowagi?
Nie w tym sporcie, to jest nieeleganckie. Ale są treningi, na których sobie przeszkadzamy. Można krzyknąć, pokazać coś śmiesznego. Jednak na zawodach tego się nie robi. Na strzał jest tak mało czasu, że każdy myśli tylko o sobie, nie o przeciwniku. Jego mają zdenerwować moje wyniki na tarczy.

Psycholog jeździ z wami na zgrupowania, zawody, jest nawet na treningach. Naprawdę tak potrzebna jest wam jego pomoc?
Psycholog daje nam różne techniki relaksacyjne. Pracujemy nad wyrównaniem oddechu, a to jest bardzo ważne w naszym sporcie. Skupiamy się na swoich mocnych stronach, myślimy tylko o czekającym nas zadaniu. Każdy szczegół jest bardzo ważny.

Zawody są bardzo meczące, trwają bardzo długo?
Właściwie cały dzień. W eliminacjach każda z nas oddaje 72 strzały, 12 serii po sześć strzał. Wszystkie łuczniczki, czyli 64, strzelają razem na 22 matach. Zsumowane punkty decydują o miejscu w finale, który odbywa się systemem pucharowym.

To pani drugie igrzyska. Bardzo liczy się takie doświadczenie?
Na pierwsze igrzyska jedzie się bez obciążenia psychicznego. Cokolwiek się zrobi i tak będzie dobrze. Teraz znam już atmosferę tej imprezy, wiem, jak sobie radzić z emocjami w tym galimatiasie. To mi bardzo pomaga.

W sobotę czekają waszą drużynie eliminacje, w niedzielę finał. Potem wystartuje pani jeszcze indywidualnie. Jakie wyniki panią zadowolą?
W marzeniach walczę o najwyższe cele, ale głośno nie chcę składać żadnych deklaracji. Najpierw skupiam się na drużynie. Najgroźniejsze będą Koreanki i Chinki. To są potęgi. Gdzieś za nimi jesteśmy my... Ale na igrzyskach groźny jest każdy. Nieważne, czy jest lepszy w rankingu, czy nie.