"Co mnie nie zabije, to wzmocni" - tak zaczyna się piosenka Stronger" Kanye Westa, która towarzyszyła Andrzejowi Gołocie, kiedy wchodził do ringu przed walką z Rayem Austinem. Choć Polak nie podjął na razie decyzji, czy będzie kontynuował karierę, wszystko wskazuje na to, że nie była to jego ostatnia walka.
Co tam ręka! Serce boli. Włożyłem tyle pracy w przygotowania do tej walki. Byłem w świetnej formie. A tu takich pech. Dlaczego akurat mnie to spotkało? Przecież w trzeciej, czwartej rundzie
bym go miał.
On nie potrafił znokautować jednorękiego staruszka. Widziałem to i mimo że nie mogłem nic zrobić lewą ręką, starałem się złapać go prawą. Gdyby nie trzeba walczyć jeszcze tylu rund,
to spróbowałbym wytrzymać jeszcze jedną. Ale nie jedenaście!
Zaskoczył mnie, ale nie był to cios, który zrobił mi krzywdę. Szybko wstałem i parę razy go trafiłem. Ale nagle poczułem ból w lewym ramieniu. Nie wiem, czy po jego ciosie, czy dlatego, że
go nie trafiłem. Nie byłem w stanie jednak nic zrobić. Podnieść ręki, wyprowadzić ciosu.
Nie chciałem go słuchać przed walką, ale teraz na spokojnie widzę, że może mieć rację. Rozgrzewałem się, ale bardziej nogi, bo bolała mnie łydka. Kto wie, czy gdyby mięśnie byłe
lepiej rozgrzane, wytrzymałyby więcej.
Człowieku, nie po to leciałem do Chin, by się poddawać. Lewą ręką nie mogłem nic zrobić, ale myślałem, że choć raz trafię Austina prawą. Gdy usiadłem w przerwie w narożniku, z bólu
łzy same mi nachodziły do oczu. Nie było szans na dalszą walkę. Lekarz nie pozwolił na to. Przykro mi, że tak się stało.
Za dwa, trzy tygodnie ściągnę gips i zacznę rehabilitację. Czas też wybrać się na narty. A boks? Zobaczymy. Ale w domu na pewno nie będę siedzieć. Teraz lecę na kilka dni do Pekinu żeby
zobaczyć to miasto.