Wszyscy prezesi i właściciele klubów Ekstraklasy powinni pójść w ślady Józefa Wojciechowskiego. Jego nowy system płac i premii sprawi, że zawodnicy w końcu o wielkie pieniądze będą walczyli na boisku. W pewnym stopniu szef Czarnych Koszul nawiązał do systemu, który już raz sprawdził się doskonale w Ekstraklasie. W sezonie 1999/2000 Polonia zdobyła mistrzostwo Polski. Wówczas ogromne pieniądze były do podniesienia z boiska i to tylko przez zawodników pierwszej jedenastki. Same podstawy wynagrodzenia były minimalne, bo wynosiły około trzech tysięcy złotych.

Reklama

"Mieliśmy równą podstawę, tylko kilku najlepszych zawodników miało indywidualne kontrakty. Ale największe pieniądze zarabiało się na boisku. Za zwycięstwo drużyna miała do podziału 70 tysięcy, a z każdą kolejną wygraną premia rosła o 20. Był taki okres, że za wygrany mecz dostawaliśmy po 25 tysięcy na głowę. Wszystkim bardzo zależało żeby grać w pierwszym składzie" - wspomina Igor Gołaszewski, obecnie kierownik drużyny Czarnych Koszul.

Teraz prezes obniżył swoim zawodnikom kontrakty o 20 procent, ale te pieniądze, jeśli poloniści wywalczą tytuł mistrzowski lub wicemistrzowski, nie przepadną. Za pierwsze miejsce cała kasa zostanie potrojona, co zakładając średnie zarobki piłkarzy na poziomie 50 tysięcy złotych, przemnoży się aż do 7,2 miliona! Do tego dochodzą premie za zwycięstwa i indywidualne osiągnięcie, takie jak asysty czy gole. Do tej pory tylko Artur Sobiech nie zgodził się na nowy system płac, za co został odsunięty od pierwszego zespołu i wystawiony na listę transferową.

Większość piłkarz przyklasnęła pomysłowi Wojciechowskiego, zdając sobie sprawę, że mają o co walczyć. "Moim zdaniem to jest sprawiedliwy system. Mamy też wysokie premie za zwycięstwa, więc jest o co walczyć" - wyjaśnia Łukasz Trałka, który na początku tygodnia podpisze z klubem nowy, trzyletni kontrakt.

>>>Czytaj także: Peszko: Wyjaśniłem Smudzie moją sytuację