Spotkanie zostało wówczas przerwane przy stanie 1:0 dla gospodarzy. Piłkarze gości nie wrócili na murawę, a sędzia po godzinie symbolicznie zakończył zawody.

Reklama

Problemy rozpoczęły się w momencie, gdy w kierunku będącego w narożniku boiska zawodnika Olympique Marsylia Dimitri Payeta poleciała z trybun butelką z wodą. Zawodnik gości odrzucił ją z powrotem, po czym niektórzy kibice wbiegli na boisko. Doszło nawet do przepychanek z piłkarzami. Według niepotwierdzonych informacji, trzech graczy Marsylii ucierpiało w ataku pseudokibiców. W mediach społecznościowych krążą zdjęcia podrapanego do krwi Payeta oraz jego kolegów z zespołu Matteo Guendouziego i Juana Peresa ze śladami siniaków na szyi.

Na skutek awantury spotkanie przerwano. Po długim czasie na boisko wrócili piłkarze Nice, wkrótce potem również sędziowie, natomiast gracze OM pozostali w szatni. Arbiter wznowił tylko symbolicznie mecz i natychmiast zakończył.

Podzielone zdania

Postanowiliśmy dla bezpieczeństwa naszych graczy nie kontynuować meczu. Sędzia zgodził się z nami i nie chciał go wznawiać, ale Liga zadecydowała inaczej. To było dla nas nie do przyjęcia, więc zdecydowaliśmy o powrocie do Marsylii - powiedział prezydent Olympique Pablo Longoria.

Z kolei Riverey uważa, że dokończenie meczu nie wiązało się z żadnym ryzykiem. Nie rozumiem decyzji naszych kolegów z Marsylii. Rozmawiałem z fanami i zapewnili mnie, że nie będzie więcej problemów - powiedział, dodając, że wina leży po obu stronach.

Wszyscy widzieli, co się stało. Nasi fani rzucali butelkami, nie zaprzeczamy. Ale myślę, że cały konflikt nasilił się po tym, jak dwóch graczy z Marsylii odrzuciło butelki w trybuny - podkreślił.

Wprawdzie mecz wygrali gospodarze, ale można spodziewać się dalszego ciągu sprawy, już w instancjach dyscyplinarnych francuskich władz piłkarskich.

Piłkarzem klubu z Marsylii jest leczący obecnie kontuzję Arkadiusz Milik.