Reprezentacja Polski przegrała sześć ostatnich spotkań, a w sparingach przeciwko Czechom wypadła bardzo słabo. Gdzie szukać optymizmu przed występami naszych siatkarzy w turnieju prekwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich?
Nie liczę, ile meczów wygraliśmy, a ile przegraliśmy. Tak jak nie popadałem w euforię, gdy w Lidze Światowej odnieśliśmy 14 zwycięstw z rzędu, tak teraz nie dramatyzuję po kolejnych porażkach. Zespół nie grał dobrze z Czechami, ale próbujemy znaleźć wyjście z tej sytuacji. Możemy i musimy grać lepiej. To jest optymistyczne.

Sebastian Świderski powiedział nam, że on i jego koledzy wpadli w rutynę, że nie ma pasji i radości w ich grze. Nie przeraża to pana?
W tym, co mówi, może być sporo prawdy. Ja bym dorzucił do tego brak agresywności i precyzji w grze. A gdy tego brakuje, ucieka gdzieś pewność siebie. I mamy problem.

Otóż to. Wicemistrzów świata pokonali Belgowie, Finowie, Niemcy, Holendrzy i Czesi. A to nie jest światowa czołówka.
A kto jest światową czołówką? Popatrzcie na wyniki Pucharu Świata. Tam mistrzowie Europy - Hiszpanie przegrali już cztery mecze. Zostali pokonani między innymi przez Portoryko, które wygrało też z USA. Nasz srebrny medal w mundialu nie gwarantuje na zawsze sukcesów. Dlaczego wszyscy uznali, że Polska musi ciągle wygrywać?

Bo po mistrzostwach świata byliśmy tylko krok za Brazylią, a teraz gramy ze światową trzecią ligą w Szombathely.
To konsekwencja słabego występu w mistrzostwach Europy. Na mundialu byliśmy szczebel niżej od Brazylii, ale teraz jest inaczej. Każdy turniej to osobna historia. Nie będę mówił, że w Moskwie graliśmy pięknie, bo to nieprawda. W porównaniu z mistrzostwami Europy skład się trochę zmienił. Do gry wrócili Mariusz Wlazły i Piotr Gruszka. Są Krzysztof Ignaczak i Wojciech Jurkiewicz. Teraz brakuje nam sparingów i zgrania. W klubach każdy z zawodników gra trochę inaczej niż w reprezentacji. Przykładowo Michał Winiarski od Pawła Zagumnego dostaje szybsze piłki niż od Nikoli Grbicia w Itasie Trentino. Teraz musi się przestawić. Sebastian Świderski w Maceracie także ma trochę inne zadania. Paweł Zagumny ostatnio leczył kontuzję i nie trenował, więc musi upłynąć sporo czasu, żeby wrócił do optymalnej formy. Przykłady można mnożyć.

Nadal pan twierdzi, że długie przygotowania są konieczne, by uzyskać szczyt formy?
Wy potrzebujecie czasu, żeby spotkać się z Raulem Lozano i napisać wywiad, ja potrzebuję czasu, żeby dobrze przygotować zespół. Nie zamierzam szukać usprawiedliwień, nie szukają ich także zawodnicy. Prosiłem o więcej czasu i nie dostałem go. Ale nie będę narzekał i płakał. Robię, co mogę, by wygrać te kwalifikacje.

Polscy trenerzy i tak twierdzą, że Lozano ma życie usłane różami. Pana poprzednicy nie mieli tyle czasu na przygotowania, a po serii porażek od razu byli zwalniani.
To problem złych działaczy, którzy ich zwalniali. Oni nie kierowali się dobrem reprezentacji, bo każdy trener potrzebuje zaufania i czasu.

Po mistrzostwach Europy w Moskwie powiedział pan, że zawiódł się na kilku graczach i być może trzeba będzie się z nimi pożegnać. Te zmiany już się dokonały?
Niektóre zmiany już są. Ale nie chcę rozmawiać o sprawach personalnych.

Krążą pogłoski, że kilku zawodników piło w Moskwie alkohol.
Wierzę w profesjonalizm moich graczy. Alkomat nie był nigdy dotąd w kadrze używany, chyba że dla zabawy przez Alka Świderka (tu Lozano wskazuje na tłumaczącego wywiad drugiego trenera reprezentacji).

Prezes PZPS Mirosław Przedpełski ujawnił niedawno, że na wszelki wypadek prowadzi sondażowe rozmowy z innymi trenerami. Nie obawia się pan, że porażka w Szombathely będzie oznaczała koniec pracy w Polsce?
Koncentruję się na tym, żeby wywalczyć awans do igrzysk olimpijskich. Nie będziemy dyskutować o mojej przyszłości. Koniec. Kropka.