Obie strony miały spotkać się z zespołami pozostającymi poza FOTA, w tak zwanej Technicznej Grupie Roboczej, i porozmawiać na temat nowych przepisów technicznych na rok 2010 r. Po tym jak 24 czerwca zrezygnowano z ograniczania budżetów, zespoły wciąż nie doszły do porozumienia w sprawie minimalnej wagi bolidów wynoszącej 620 kg i konkretnego schematu ograniczenia wydatków do poziomu z lat 90. Tym razem rozmowy zostały przerwane przez FIA.

Charlie Whiting, przedstawiciel prezydenta Maxa Mosleya, stwierdził, że członkowie FOTA (Ferrari, McLaren-Mercedes, Renault, Red Bull, Toro Rosso, Brawn GP, Toyota oraz BMW-Sauber) mogą brać udział w dyskusji, lecz nie mają prawa głosu. Wszystko przez to, że te zespoły nie znalazły się na ostatecznej liście ekip, które wezmą udział w wyścigach w przyszłym sezonie. Na wieść o tym przedstawiciele FOTA opuścili demonstracyjnie spotkanie, pozostawiając delegatów Williams-Toyota, Force India oraz trzech nowo powstałych zespołów - Manor, Campos i USF1. Decyzja FIA jest o tyle zaskakująca, że 24 czerwca osiągnięto już kompromis. Według FOTA ekipy należące do tej organizacji zostały wtedy włączone do listy na nowy sezon.

>>>W Formule 1 znów zawrzało

Teraz wszystko wskazuje na to, że wojna, w której od jakiegoś czasu pogrążona jest Formuła 1, znów może przebrać na sile. Przed środowym spotkaniem na Nuerburgring Mosley przypomniał, że według artykułu 66. Międzynarodowego Kodeksu Sportowego wszelkie zmiany w regulaminie mogą nastąpić wyłącznie za zgodą wszystkich 13 ekip, które pojawią się na starcie kolejnego sezonu. Tym samym wszelkie ustalenia FIA i FOTA, jak choćby punkt, że „przepisy na rok 2010 będą oparte na tych z sezonu 2009”, mogą być nieważne, jeśli Force India, Williams oraz trzy nowe teamy zgodzą się na nie.

Kolejny punkt porozumienia, czyli odejście Mosleya w październiku, również staje się coraz mniej realne. Prezydent FIA stwierdził niedawno, że w obronie małych zespołów będzie walczył z koncernami samochodowymi. To był tylko pretekst. Ostatnio wyszło na jaw, że FIA akceptowała kandydatury nowych teamów pod warunkiem związania się trzyletnią umową z niezależnym obecnie od wielkich firm producentem Cosworth.

Mosleyowi nie podobał się również stosunek FOTA do jego ewentualnego odejścia. "Popełnili błąd, tańcząc na moim grobie, zanim zostałem pochowany" - stwierdził w wywiadzie. "To nie jest dobre, jeśli zespoły mówią poprzez agencje PR, że umarłem i jestem już pogrzebany, kiedy w rzeczywistości stoję tutaj cały i zdrowy".

Wydaje się, że rzeczywiście FOTA za wcześnie świętowała zwycięstwo. Mosley władzy sam raczej nie odda i teraz próbuje grać na zwłokę. Powód - z każdym dniem FOTA będzie miała coraz trudniejsze zadanie, żeby zorganizować i wypromować alternatywną serię wyścigów.

Zapytany o taki wariant szef Toyoty John Howett lakonicznie stwierdził: "Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia z FIA. Cokolwiek by się nie zdarzyło, mamy alternatywną drogę" - czyli FOTA się nie poddaje i wciąż pracuje nad własną serią wyścigową.

Jedno jest pewne: Mosley będzie walczył do końca i nie pozwoli na dwuwładzę. Zresztą za swoje twarde rządy dostał pochwałę od szefa Formuły 1 Berniego Ecclestone’a. Wspierał on Mosleya w tym samym wywiadzie, w którym stwierdził, że demokracja nie przyniosła niczego dobrego w wielu krajach, z Wielką Brytanią włącznie. Dużo pozytywniej Ecclestone wypowiadał się o rządach Adolfa Hitlera i Trzeciej Rzeszy...

>>>Skandal! Szef Formuły 1 chwali Hitlera