Cieszę się, bo to, o czym mówiliśmy wcześniej, staje się realne. We wtorek wieczorem usiedliśmy całym zespołem, wypiliśmy po dwa piwa i porozmawialiśmy o naszej
sytuacji. Widać było po wszystkich duże zmęczenie. Poszedłem spać o wpół do czwartej, obudziłem się o siódmej, włączyłem telewizor, ale nie pamiętam, co leciało. Ciągle wracałem
myślami do meczu z Czechami. Sławek Szmal mówił mi, że czuł się tak samo. Czyli te emocje wciąż w nas wszystkich siedzą. Dlatego dałem drużynie w środę wolne do 14. Sam rano wstałem,
już chciałem włączać wideo z meczem rywali i nagle uświadomiłem sobie, „kurczę, ja dzisiaj nie muszę tego robić". Ale nie możemy przesadzić z tym luzem, bo mówiąc
brutalnie, to my jeszcze nic nie mamy. I może się skończyć tak, że wrócimy z ananasem, zamiast z medalem.
Wiem, mnie też. Byłem tak zajęty meczem, że jak zobaczyłem na zegarze 53. minutę gry, to się zdziwiłem, bo myślałem, że to dopiero początek drugiej połowy. Zacząłem się denerwować. W
pewnym momencie na ławce zrobiło się zamieszanie. „Siódym" usiadł i zaczął coś pieprzyć. Poszła zmiana, który Lijewski zbiega do ławki, a Żółtak zamiast wchodzić,
mówi „myślałem, że to Artur wchodzi". Wypchnęliśmy go na boisko i Daniel Waszkiewicz zdecydował, że trzeba zrobić porządek. A Czesi szybko wznawiali grę i baliśmy się,
że rzucą nam bramkę.
Wiadomo, że było dużo błędów. Marcin Lijewski brał się za rozgrywanie, choć nie powinien, Karol Bielecki podawał rywalom piłkę, Tomek Rosiński biegał wszerz zamiast stwarzać
zagrożenie dla rywali itd. Ale gdybyśmy mieli w każdym meczu robić tyle błędów i wygrywać jedną bramką, to podpisuję się pod tym obiema rękami.
Początkowo wszyscy myśleliśmy, że to łuk brwiowy. Sam rzuciłem się z Rosińskim do sędziego i zacząłem się drzeć „zobacz, jak nas ten Kubes leje!" i pokazuję na
zakrwawione czoło Tomka. A „Rosa" krzyczy „to nie tu, to nie tu!". Dopiero się okazało, że on ma pękniętą skórę, ale pod włosami. W ogóle ten turniej
to nowe doświadczenia dla wszystkich. Marcin Lijewski siedzi na ławce długo, jak nigdy wcześniej. Tomek Rosiński biegnie sobie z piłką i nagle - bum i ma rozciętą głowę. W lidze nikt go
tak nie traktuje. Bartek Jaszka nabiera praktyki w dowodzeniu reprezentacją. On jeszcze nie rządzi zespołem w odpowiednim stopniu. Jest za miły, zbyt fajny i dobry. Mnie czasami aż boli w
środku, kiedy muszę mu powiedzieć coś złego. Patrzę w te jego oczy i aż mnie skręca, że muszę go opieprzyć. Ale na środku nie może stać łagodny człowiek. To musi być zakapior,
dowódca. Taki, który obsika teren wokół siebie, dając znak innym „nie wchodź tam, bo śmierdzi". Wreszcie udane interwencje w tych mistrzostwach miał Piotrek Wyszomirski. Po
Czechach trochę pokrzyczeliśmy, że nareszcie coś odbił. To fajny chłopak, może być z niego pociecha. Robi jeszcze błędy, ale zdaje sobie z nich sprawę. Oczywiście jest trochę gnębiony,
bo jest najmłodszy i musi swoje odcierpieć. Mariusz Jurasik na treningu niechcący trafił go w łeb, ale przeprosił. A młody na to: „nic, nic, dzięki, obudziłeś mnie". W
młodzieżówce był jednym z liderów, a tu jest nowicjuszem i jako żółtodziób musi np. po pomeczowych spotkaniach zbierać butelki i odnosić do baru.
Wczoraj powiedziałem przed zespołem, że nie będziemy kalkulować. To jest przecież sport, tu chodzi o wygrywanie. Celowa porażka jest zaprzeczeniem jego idei. Poza tym ja sobie po chłopsku
tłumaczę tak: Francuzi to nie jest jakiś pierwszy lepszy zespół, to są mistrzowie świata i olimpijscy. Nie każdy i nie codziennie może ich pokonać. Więc jeżeli już mamy taką okazję, to
spróbujmy ją wykorzystać. We wtorek było nawet trochę zabawnie, podchodzili do nas Francuzi i niby mimochodem mówili, że mamy już pewny awans, że trzeba oszczędzać siły. Z kolei Hiszpanie
się obawiają, że nie wystawię najlepszych zawodników. Ale kilku moich chłopaków już we wtorek powiedziało, że w życiu nie warto kalkulować, bo to się potem mści.
>>> Czytaj też: Marcin Gortat: Nie walczę już o chleb
p