Wielką formę pokazał już w porannych kwalifikacjach. Uzyskał 21,04, blisko o pół metra wygrał w z kolejnym zawodnikiem.

Reklama

"To na co stać cię w finale?" – pytał DZIENNIK. "Zobaczysz" – powiedział tajemniczo Tomek i poszedł.

Na co go stać zobaczył cały świata. To był pierwszy dzień rywalizacji lekkoatletów, pierwszy olimpijskie finał. Trybuny Ptasiego Gniazda, czyli Stadionu Narodowego, były pełne. Polak zaczął słabo, zresztą wszyscy męczyli się w pierwszych próbach. Najbardziej Amerykanie, którzy znowu nie zdobyli olimpijskiego złota. "Majewski? Po tym, co zobaczyłem na mityngu w Londynie, pełen szacunek dla tego gościa" – mówił po kwalifikacjach Adam Nelson, były mistrz świata.

tu zobaczysz dekorację zotego medalisty Tomasza Majewskiego

Nelson spalił się psychicznie. W finale przed każdą próbą podskakiwał jak piłeczka, ściągał koszulkę i daleko ją odrzucał. W kole nie był już tak bojowy. Oddał trzy spalone próby, nie awansował do wąskiego finału. Wielki zawodnik przeżył wielki dramat. Zawiódł wielki Reese Hoffa, aktualny mistrz świata. Był tylko siódmy.

Majewski jeszcze po dwóch kolejkach nie mógł liczyć na podium. Ale w trzeciej uzyskał 21,21 i objął prowadzenie. Rywale byli bezradni, nie potrafili odpowiedzieć. Przed czwartym pchnięciem Polak stanął w kole, popatrzył na ogromny, kolorowy stadion, przytulił kulę i wypchnął ją z ogromną siłą.

Leciała i leciała, a kiedy spadła i na tablicy pokazał się wynik 21,51, Majewski krzyczał. Obydwie ręce, z zaciśniętymi pięciami, trzymał w górze i krzyczał.

"Byłem na siebie zły za dwie pierwsze próby, bo chciałem odskoczyć od razu, na dzień dobry" – opowiadał Polak, a złoty medal błyszczał na jego potężnej klacie. "Zobaczyłem, że chłopakom nie idzie i musiałem zaatakować".

Jeszcze rano rekord życiowy Polaka wynosił 20,97, w jeden dzień poprawił się więc aż o 54 cm. – E tam, jakie poprawił. Ponad 21 m pchałem już cztery lata temu, tylko wtedy nie potrafiłem tego ustać w kole. Teraz potrafię i kula poleciała. Jestem bardzo szczęśliwy.

Jego wynik z eliminacji był dopiero 8. na świecie w tym sezonie. Organizatorzy nawet w oficjalnej prezentacji konkurencji zapomnieli wpisać Polaka na listę faworytów. Nie było na niej nawet słowa o Majewskim. Czy on sam śnił o olimpijskim złocie? "Może w tych najgłębszych snach, ale dobrze tego nie pamiętam. Po eliminacjach wiedziałem, że medal jest w zasięgu. Ale złoty? No, nie wiem..."

A jednak o medalach mówił od kilku lat. "W końcu muszę zacząć je zdobywać. Skoro chcę być jak Władek Komar, to muszę je zdobywać. A chcę być jak on". Mówił o Komarze Władek, chociaż nigdy się nie spotkali. Teraz Majweski, chłopak z Nasielska, zdobył ten najcenniejszy medal, na największej imprezie świata. Jak Komar w 1972 roku.

Aż do ostatniej próby Majewski obawiał się, że Andriej Michniewicz zabierze mu złoto. Białorusin poprosił o doping kibiców. Klaskał mu cały stadion. Michniewicz krzyczał, kiedy kula leciała. To były chyba najdłuższe dwie sekundy życia Majewskiego. Ale kula spadła za blisko. "Panie, panowie, oto mistrz olimpijski, Tomasz Majewski z Polski!" – ogłosił spiker na cały stadion. Tomek dostał od kibiców flagę, nasz olbrzym (204 cm wzrostu, 140 kg wagi) owinął się nią i biegł wokół stadionu. Kiedy wszedł na olimpijskie podium i przy 91 tysiącach ludzi słuchał Mazurka Dąbrowskiego, tylko się uśmiechał. A potem znowu krzyczał z radości.