Ciężkie życie mają kibice tenisa. To sport wzbudzający ogromne emocje, ale są one tłumione przez sędziów. "Quiet please" - te słowa często muszą powtarzać arbitrzy podczas słynnego turnieju na kortach Wimbledonu. Ponieważ tenisiści muszą mieć absolutną ciszę. Fani mają okazję do popisu po efektownych zagraniach, ale tylko przez moment.
Z tenisem stołowym jest to samo. W czasie gry powinno być słychać tylko odbicia piłeczki, ewentualne okrzyki zawodników. Jeżeli kibic coś krzyknie, to sędzia zwraca mu uwagę. Ale to jeszcze nic. Gorzej z piorunującym wzrokiem innych fanów, którym przerwano oglądanie meczu.
Podobnie ma się rzecz ze snookerem. Jak gra Ronnie O'Sullivan ze Stephenem Hendrym to aż korci, żeby coś krzyknąć. Niestety. Nie można, bo zaraz podejdzie ktoś z ochrony i wyprosi. A nie można przecież dobrowolnie zrezygnować z okazji obejrzenia takiego meczu na żywo. Zresztą nie tylko takiego. W snookerze, bilardzie i wszystkich pokrewnych doping w czasie gry jest zabroniony.
Nawet w grach barowych głośny doping jest nie na miejscu. A przecież jak już ktoś idzie obejrzeć mistrzostwa świata w rzutkach, to zamówi jakieś piwo, a wtedy to już same okrzyki cisną się na usta. Tylko że nie można dać im upustu. Bo to zwyczajnie rozprasza zawodników.
Ten sam kłopot mają fani brydża. Widzą, że szykuje się ciekawa zagrywka. Licytacja osiągnęła poziom szlema, kusi, żeby krzyknąć. Ale to jest zabronione. Z trybun może być co najwyżej słychać przelatującą muchę.
Jak makiem zasiał musi być także podczas turniejów golfowych, kiedy zawodnicy przygotowują się do strzałów. Chociaż jak się widzi stojącego obok Tigera Woodsa albo Vijay Singha, to aż korci, żeby ich jakoś zmobilizować. Tyle że przynosi to odwrotny efekt, więc jest zabronione. Najwyżej można klasnąć kilka razy, jak już piłeczka poleci. Ale co to za zabawa?
Na szczęście są takie dyscypliny jak piłka nożna, siatkówka, koszykówka czy piłka ręczna. Na tych meczach można się wykrzyczeć do woli.