Aby zarabiać miliony, nie wystarczy być bardzo dobrym zawodnikiem. Nowy mistrz, który rodzi się na naszych oczach, będzie modyfikowanym genetycznie cyborgiem zdolnym do nieustannego współzawodnictwa. Doping, jaki znamy dzisiaj, nie będzie mu potrzebny. Czy znikną również inne sportowe przekręty, którymi karmią nas nasi idole?

Reklama

Ciemna strona dzisiejszego sportu to doping, korupcja, ustawione walki, niejasne interesy menedżerów sportowych, nieprawidłowości przy szkoleniu młodzieży. To przemysł fałszu wart miliardy dolarów każdego roku. Sportowcy idą na skróty, bo chcą stać się bogaci, ale organizmy nie nadążają za ich potrzebami. Oszukańcze perpetuum mobile zatrzyma się tylko pod jednym warunkiem. Jeżeli stworzony zostanie sportowiec zdolny do pokonania granicy bólu i osiągania nieludzkich wyników bez chemicznego wsparcia. Jeśli uda się stworzyć w nim system odporny na uszkodzenia i zdolny do natychmiastowej regeneracji.

Ten moment jest blisko.

Cyborgi na start

Od 6 lat wiodące światowe koncerny farmaceutyczne testują na zwierzętach środki, które powodują wzrost wydajności organizmu przy intensyfikacji wysiłku fizycznego. Im większy wysiłek, tym większa wydajność. Myszy i małpy, którym podano tajemnicze substancje, biegają szybciej o 30–40 proc. od grupy kontrolnej. Dzięki kombinacjom medykamentów wykorzystują tłuszcze – a nie cukry – jako paliwo, zaś ich włókna mięśniowe ulegają transformacji: rośnie liczba tych zdolnych do szybkiej kurczliwości kosztem wolnokurczliwych. To wszystko bardzo ważne dla przyszłych sprinterów. Ich mięśnie będą zdolne do wytrzymywania znacznie większych obciążeń, co oznacza, że będzie się w nich odkładało mniej kwasu mlekowego. Summa summarum układ napędowy przyszłego mistrza bieżni będzie mógł pracować do trzech razy dłużej i intensywniej.

Jeden z preparatów podawanych zwierzętom nosi nazwę GW1516. Nie wyszedł poza fazę poufnych testów medycznych, więc teoretycznie nie można go stosować. Ale w kręgach sportowych mówi się od co najmniej trzech lat, że jego podawanie trwa w najlepsze. Szczególnie w tych państwach, które z powodów politycznych oraz propagandowych, tak jak Chiny, muszą odnosić sukcesy w każdej dziedzinie, także w sporcie. Istnieje już nawet określenie takiego zjawiska – to doping genetyczny.

– W tej formie ulepszania organizmu chodzi np. o to, aby zmodyfikowany mięsień uda produkował erytropoetynę (EPO), która jest fizjologicznie wytwarzana w naszych nerkach. To poważna ingerencja w kod genetyczny człowieka, łącznie z eliminacją rozwiązań wymuszonych przez fizjologię. Manipulacje genetyczne prawdopodobnie w wielu przypadkach są nieodwracalne – mówi Andrzej Pokrywka, dyrektor Instytutu Sportu zajmującego się badaniami antydopingowymi.

Marek Tyniec, sportowy bloger, pisze, że sportowcy są faszerowani także lekiem o nazwie telmisartan. To środek dla osób mających problemy kardiologiczne, ale odpowiednio aplikowany wywołuje efekty podobne do GW1516. Stosowany w nadmiarze powoduje nieodwracalne uszkodzenia m.in. wątroby i trzustki. Do pewnego momentu zatem pomaga w tworzeniu sportowych cyborgów, potem powoduje, że muszą być do końca życia leczeni.

Mięśnie to nie wszystko. Konieczna jest też praca nad głową nowego sportowca. Oprócz treningów psychologicznych, zwanych przez niektórych praniem mózgu, polegających np. na nieustannym powtarzaniu zawodnikowi, w rytm określonej muzyki, że jest najlepszy i jest w stanie zawsze wygrywać, stosuje się specjalne inhalacje, które sprawiają, że znacznie łatwiej o koncentrację. Jak na jednym ze sportowych forów napisał anonimowy fizjolog sportowy, który kilkakrotnie stosował takie techniki, te wywary związują myśli zawodnika ze startem w proporcjach 1:1, co w praktyce oznacza, że na godzinę przed konkurencją nie jest w stanie myśleć o niczym innym. Jest w pełni skoncentrowany na rywalizacji.

U podstaw każdego działania tego typu leży potrzeba zarabiania wielkich pieniędzy. Doping i inne sportowe oszustwa, których jest niemało, zawsze sprowadzają się do prostej finansowej potrzeby zysku. Zarabiać mają zawodnicy, trenerzy, menedżerowie. Jeśli w tym kontekście spojrzymy na polskie podwórko, to wciąż dominują tu tradycyjne formy oszustw sportowych. Ale także w dopingu genetycznym i innych manipulacjach na pierwszym miejscu jest kasa – ocenia Dariusz Skorupa, trener mentalny sportowców, członek sekcji psychologii sportu Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Reklama



Miliony za koszulkę lidera

Tak, przetaczałem krew. Tak, brałem EPO. Tak, zwiększałem wydolność oddechową preparatami tlenowymi. Tak, jestem oszustem. Spowiedź Lance’a Armstronga, legendy światowego kolarstwa, siedmiokrotnego zwycięzcy Tour de France, w programie Oprah Winfrey obejrzał cały świat. Armstrong, który największe życiowe zwycięstwo odniósł, pokonując raka jądra, przegrał z największą obsesją zawodowych sportowców – presją na wynik, której podporządkowane musi być całe ich życie.

Nie był również odporny na potrzebę zarabiania coraz większych pieniędzy. Tylko za kontrakty reklamowe inkasował, według niektórych źródeł, nawet po 20 mln dol. rocznie. Do tego dochodziły gaże za zwycięstwa w wyścigach. Dzisiaj stał się ikoną kłamstwa, propagandową lokomotywą dla zwolenników twardej rozprawy z zawodnikami stosującymi wspomagacze. – Mimo sita kontroli, nieporównywalnie gęstszego od tego, co działo się przed 2003 r., zawsze znajdzie się ktoś, kto pójdzie na skróty – mówi Andrzej Pokrywka. Do kierowanego przez niego Instytutu Sportu trafiają próbki z materiałem genetycznym sportowców z całego świata. Pobierane są zwykle na zawodach klasy mistrzowskiej. Do 2003 r., kiedy zaostrzono przepisy antydopingowe, rocznie badało się ok. 160 tys. próbek. Dziś – 270 tys. Odsetek sportowców przyłapanych na niedozwolonym poprawianiu wydolności organizmu cały czas utrzymuje się na stałym poziomie 2 proc. Dynamika wykrywalności dopingu tym samym nie rośnie, ale liczba sportowców przyłapanych w ciągu 11 lat zwiększyła się z blisko 32 tys. osób rocznie do 54 tys., a zatem niemal dwukrotnie.

– Zawodnicy oszukują inteligentniej, bo spodziewają się kontroli przy każdej okazji, są do nich przyzwyczajeni, często również potrafią je omijać – dodaje Pokrywka. – Co więcej, przepisy zakładają, że możliwość dyskwalifikacji zawodnika może nastąpić do 8 lat po turnieju, w czasie którego pobrano od niego materiał do badań. Dlatego przez igrzyskami w Londynie testowano próbki zawodników zabezpieczone jeszcze w Atenach w 2004 r. Co nie zmienia faktu, że ktoś, kto zamierza złamać prawo, by osiągnąć lepszy wynik, co na pewno przełoży się na efekty finansowe, i tak będzie do tego dążył – dodaje.

W ocenie dyrektora Instytutu Sportu „koksowania” zapewne nigdy do końca nie uda się wyeliminować, choć zjawisko powinno ulec ograniczeniu. Wyniki badań sportowców na razie temu przeczą. Pokrywka zwraca również uwagę na zjawisko nowe, które wymyka się wszelkim zestawieniom i statystykom. Chodzi o stosowanie nielegalnych środków poprawiających wyniki w dyscyplinach takich jak golf, bule, a nawet wędkarstwo sportowe i brydż. – Tu również obecna jest stymulacja. Nikt jej jednak nie monitoruje, bo formalnie dyscypliny te są wyłączone z kontroli antydopingowej – dodaje szef IS.



Ile jest bramek

Doping, wywołany ostatnio do tablicy przede wszystkim przez wyznanie Armstronga, jakkolwiek bardzo medialny by był i jakkolwiek mocno potwierdzałby zasadę nieczystości wyczynowego sportu, jest i tak jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Namacalnych dowodów na zepsucie idei uczciwego współzawodnictwa jest znacznie więcej. Daleko szukać nie trzeba.

Z naszej prasy: „Z ustaleń wrocławskiego śledztwa dotyczącego korupcji w futbolu wynika, że od 2003 r. do 2005 r. piłkarze i trenerzy GKS Bełchatów składali się na łapówki dla sędziów. Drużyna z Bełchatowa miała ustawiać mecze w sezonach 2003/2004 oraz 2004/2005. Łącznie kupione miały być 33 piłkarskie spotkania. W efekcie w 2005 r. GKS Bełchatów awansował do piłkarskiej ekstraklasy”. „W sezonie 2002/2003 piłkarze Świtu Nowy Dwór Mazowiecki grali w barażach o awans do najwyższej ligi rozgrywkowej ze Szczakowianką Jaworzno. Zawodnicy z Nowego Dworu postanowili sprzedać ten mecz za 265 tys. zł. Afera barażowa wyszła na jaw i rozpętała proces ścigania odpowiedzialnych za korupcję w polskim futbolu. PZPN zawiesił wówczas kilku zawodników Świtu, Szczakowiankę zdegradował do drugiej klasy rozgrywkowej, a drużyna z Nowego Dworu awansowała do ekstraklasy. Z powodu osłabienia drużyny zawieszeniem piłkarzy wyniki Świtu na początku sezonu 2003/2004 były bardzo słabe. Po rozegraniu 17 spotkań zespół wygrał jedno spotkanie, 5 zremisował, zdobył zaledwie 8 pkt i zajmował ostatnie miejsce w tabeli. Dlatego zarząd klubu – w tym ówczesny prezes Wojciech S. – postanowił zmienić trenera i zatrudnić byłego selekcjonera reprezentacji Polski Janusza W. Jak wynika z wyjaśnień Wojciecha S., już podczas jednej z pierwszych rozmów Janusz W. stwierdził: »Nie ma czasu na trenowanie, teraz jest już czas jedynie na załatwianie«”.

W efekcie trener (znany z powiedzenia „kasa, misiu, kasa”) tak załatwił, że 22 października 2008 r. został zatrzymany przez policję w związku z aferą korupcyjną w polskiej piłce. Prokurator przedstawił mu 11 zarzutów dotyczących ustawienia ośmiu meczów Świtu Nowy Dwór w 2004 r. We wrześniu 2012 r. komisja dyscyplinarna PZPN ukarała go czteroletnią dyskwalifikacją. Wciąż w piłkarskim środowisku uchodzi za symbol zepsucia i machlojek.

Podobnie zresztą jak inny znany trener Dariusz W., który w latach 2005–2007 kierował pierwszą drużyną Legii Warszawa. Zdaniem dziennikarzy sportowych W. „zachowywał się jak mafioso”. W czasach gdy był jeszcze trenerem Korony Kielce (2000–2004), wymuszał od piłkarzy pieniądze na kupowanie spotkań. Bywało, że gracze pożyczali od W. pieniądze na zrzutkę dla przeciwników, ale dług trzeba było oddać. Kto się buntował, nie mógł liczyć na grę, co pozbawiało go pieniędzy na życie. Jeden z piłkarzy musiał nawet wziąć 5 tys. zł pożyczki w banku, aby mieć pieniądze na „fundusz meczowy”. W toku śledztwa prokuratura ustaliła, że W. przekształcił klub w zorganizowaną grupę przestępczą. 16 września 2009 r. został skazany przez Sąd Rejonowy w Kielcach na trzy lata pozbawienia wolności w zawieszeniu, grzywnę w wysokości 100 tys. zł oraz trzyletni zakaz pracy w sporcie.

– Mam głęboko w d... Euro, jeśli mamy je mieć za cenę legalizacji korupcji w polskiej piłce – grzmiał wówczas Jan Tomaszewski, bramkarz drużyny Kazimierza Górskiego. – Polska piłka jest toczona przez korupcję od wielu lat i nie ma mocnych na układy. To wielkie oszustwo za wielkie pieniądze – dodawał. Dzisiaj jego poglądy są równie radykalne. Najchętniej zamknąłby w więzieniu co drugiego polskiego piłkarza, trenera i działacza piłkarskiego.

Piłkarskie problemy korupcyjne to jednak nie tylko polska specjalność. Mistrzami w ustawianiu meczów okazali się Włosi, także ci z legendarnego Juventusu Turyn. W wyniku udowodnienia procederu polegającego m.in. na wpływie na wybór sędziów poszczególnych spotkań piłkarskich Stara Dama utraciła tytuły mistrza Włoch wywalczone w sezonach 2004/2005 i 2005/2006 oraz została zdegradowana do Serie B.

Rynek zawrotnych kwot

Trudno uniknąć wrażenia, że ustawianie meczów piłkarskich w Europie nigdy się nie skończy, bo rynek sportowy wart jest miliardy, a zarabiać krocie można, jedynie uzyskując imponujące wyniki. Jak podaje SportMarketing.pl, łączne obroty branży sportowej tylko w Niemczech to ok. 100 mld euro. Konsumpcja związana ze sportem szacowana jest tam na 87 mld euro. W ciągu roku na reklamę w sporcie, sponsoring i prawa telewizyjne u naszych zachodnich sąsiadów wydaje się 5,5 mld euro. W ciągu jednego weekendu w Niemczech odbywa się średnio ok. 80 tys. meczów piłki nożnej. Każde spotkanie kadry narodowej śledzi przed telewizorami ponad 10 mln widzów. Bundesliga pod względem osiąganych obrotów jest 6. ligą świata (dominują amerykańskie NFL, NBA i NHL). Jej obroty wynoszą 2 mld euro.

Jeśli wszystkie te dane przemnożyć przez wielość medialnych dyscyplin, to zyski z tego biznesu trudno sobie wyobrazić. – Pieniądze dla wielu sportowców, szczególnie tych, którzy nie potrafią robić niczego innego, zawsze będą dominującym motorem działalności. A dobra forma i osiągnięcia będą przekładane na zyski. To problem, z którym spotykam się często szczególnie w niższych klasach rozgrywkowych – tłumaczy Tomasz Jakubowski, trener i doradca zarządów klubów piłkarskich z lig okręgowych.

Ciężko nie pokusić się o zbliżoną tezę w przypadku nadchodzącej walki bokserskiej między Andrzejem Gołotą a Przemysławem Saletą (mówi się, że każdy dostanie co najmniej 200 tys. dol.). Tu też chodzi o pieniądze, wynik nie ma znaczenia, bo walka nie mieści się w żadnych sportowych kategoriach. Obydwaj bokserzy czasy świetności mają dawno za sobą. 15 lat temu mogli stawać do walki z najlepszymi wojownikami świata. Dzisiaj jeden prowadzi interesy i pokazuje tatuaże, drugi występuje w telewizyjnych show. Można by ich obsadzić w filmie „Stary i starszy”, gdyby jakaś telewizja chciała go wyprodukować. Telewizja zresztą będzie największym wygranym tego pojedynku, bo po pierwsze zapewne sprzeda sporo płatnego dostępu, a do tego skasuje miliony na reklamach między mrożącymi krew w żyłach rundami pojedynku. Ciekawe tylko, czy wybrany już został zwycięzca?

Przegrany jeszcze przed starciem za to mógł być, z tym że w walce MMA, Mirosław Okniński, który w wywiadzie dla Orange Sport stwierdził, że zaproponowano mu łapówkę w wysokości 100 tys. zł za podłożenie się w walce z Robertem Burneiką, słynnym Hardkorowym Koksu. – Usłyszałem: Koksu ma wygrać, on jest bohaterem, ja się nie nadaję – ujawnił Okniński.

Do dzisiaj nie wiadomo, kto przyszedł z korupcyjną ofertą, ale do walki nie doszło. Pytanie tylko, czy te, które miały miejsce, były uczciwe.

Koksu ma wygrać. On jest bohaterem, a ty się nie nadajesz – usłyszał Okniński. Miał dostać za to 100 tys. zł. Nie przyjął łapówki, więc do walki nie doszło