Właśnie ukazała się książka "Jedz, śmiej się i walcz", której jesteś współautorką. Czy dziewczyna, która pół życia spędza walcząc ma czas siedzieć w kuchni i gotować?

Może trudno w to uwierzyć, ale tak. Nigdy nie robię niczego, co jest sztuczne, co mi nie leży, co do mnie nie pasuje, więc ta książka nie ukazałaby się, gdybym naprawdę nie lubiła i nie potrafiła gotować. Może wirtuozem kuchennym nie jestem, ale lubię sobie pokombinować, poeksperymentować "po jędrzejczykowemu". Stołuję się też na mieście, lubię jeść i wiem dobrze, na co w danej chwili mam ochotę, więc lepiej żeby było podane to, co naprawdę chcę zjeść, bo inaczej będzie źle (śmiech).

To, co lubisz?

Polubiłam kuchnię tajską, włoską. Moje smaki i upodobania mocno się przez ostatnich kilka lat zmieniły. Moim oczkiem w głowie są śniadania. Po porannym bieganiu, które trwa zazwyczaj pół godziny, wracam i zjadam porządny poranny posiłek. Wtedy dzień staje się lepszy.

A ulubione smaki z dzieciństwa?

Nie chodziłam, jak inne dzieciaki, na szkolną stołówkę, bo mama zawsze dawała nam dużo kanapek na cały dzień, a obiad jedliśmy w domu, ale czasem jakaś koleżanka nie mogła zjeść albo nie chciała i wtedy oddawała mi swoją kartkę. W piątki kucharki zawsze serwowały ryż z owocami i jogurtem. Przyznam ci się, że nic lepszego w życiu nie jadłam. Kilka razy próbowałam odwzorować ten przepis sama dla siebie, ale jakoś nie do końca smakowało tak, jak tamten. Chyba muszę się wybrać do tej szkoły i zapytać, jak te panie to przyrządzały.

A do czego się ostatnio przekonałaś?

Przez kilka lat, kiedy już walczyłam i zaczęłam odżywiać się, jak sportowcy, nie rozumiałam jak można jeść awokado. Dla mnie to było masło, tylko w formie owoca. Dziś uwielbiam je pod różnymi postaciami. Podobnie jest z podrobami. Nie rozumiałam jak można jeść serca drobiowe, czy czerninę, a dziś bardzo mi te rzeczy smakują. Jestem fanką zup. Ostatnio żurku, więc gdzie się tylko da, wsuwam żurek.

Ograniczasz jedzenie, gdy walczysz?

Wtedy "wjeżdżam" na mocną dietę, choć nie lubię tego słowa, bo to bardziej zbilansowane, racjonalne odżywianie, a nie odchudzanie.

Jak wtedy wygląda twoje menu?

Jem od 5 do 8 posiłków. Nie popadam ze skrajności w skrajność, ale stosuję wtedy dietę bezglutenową z niewielką ilością nabiału. Głównie w postaci jogurtu greckiego albo skyr. Poza tym zjadam wtedy bardzo dużo warzyw, trochę mięsa.

Próbuję sobie wyobrazić, jak można zjeść osiem razy dziennie…

Chodzi o to, żeby napędzać metabolizm. Owszem to dosyć dużo i sama muszę się do tego na początku przyzwyczaić. Ostatni posiłek złożony z owoców, masła orzechowego i dwóch łyżek jogurtu zjadam leżąc już w łóżku.

A po walce…

Wtedy pozwalam sobie na donuty, moje ulubione ostre skrzydełka z kurczaka. Nawet jak przytyję, to nie mam złego samopoczucia. Nie płaczę, że nie mam kaloryfera na brzuchu.

Zajęcia z boksu coraz częściej pojawiają się w ofertach fitness clubów. Masz wrażenie, że tę dyscyplinę wybiera coraz więcej dziewczyn?

Bardzo mnie to cieszy, że tak się dzieje. W Holandii, gdzie dane mi było spędzić trochę czasu na sali treningowej, spotykałam zarówno dziewczyny z ubogich dzielnic, jak i panie prezes. Moja ulubiona modelka Adriana Lima, również boksuje. Cały czas staram się przełamywać stereotypy i wyjaśniać, że boks i MMA to nie jest klasyczne mordobicie. Nie będziesz mieć siniaków, złamanego nosa, czy podbitego oka, jeśli nie chcesz, bo można trenować na workach, uderzać w rękawice, a nie w twarz. Ten sport jest fajny, bo pracuje całe ciało, a poza tym trenując przełamujesz wewnętrzne bariery. Moja teoria jest taka, że sport to nie jest wzmacnianie fizyczne, ale głównie psychiczne.

A ty polubiłaś się ze swoimi siniakami?

Ostatnio założyłam sukienkę, szpilki, poszłam na wesele i niektórzy biadolili nade mną i mówili: "Boże, jakie ty masz nogi"”. Nie jestem modelką, tylko fajterką. Każda praca ma swoje skutki uboczne. Jak siedzisz przy komputerze, to tracisz wzrok, siada ci kręgosłup, a ja mam siniaki. Nie miałam nigdy i nie mam z tym problemów. A z drugiej strony nie jestem jak faceci, którzy specjalnie sobie te siniaki rozwałkowują, żeby były jeszcze większe, żeby było, czym zaszpanować. Cieszy mnie jednak to, że nie mam żadnej blizny na twarzy, ani połamanego nosa.

Chcesz powiedzieć, że te sukienki i szpilki to twoja druga skóra? Drugie wcielenie Joanny Jędrzejczyk?

Lubię się czasem fajnie ubrać, ale kobieco czuję się też w sportowych ciuchach. Ludzie przyzwyczaili się po prostu do mojego wizerunku przemęczonej po treningach i walce, z opuchniętymi oczami bez makijażu, z włosami zwiniętymi w koczek. A Aśka odstawiona wygląda trochę jak z innej galaktyki (śmiech). Ja ćpam ten sport całą sobą i wtedy nie zwracam uwagi, jak wyglądam. Jak ktoś uważa, że słabo, to jego sprawa.

Trenujesz na Florydzie. Co ci się najbardziej w niej podoba?

Kocham Polskę, tu mam dom pod Olsztynem i choć wszyscy myślą, że zamieszkam w USA, to zamierzam po zakończeniu kariery osiąść tam, gdzie moja rodzina, siostry. W USA i na Florydzie podoba mi się rozmach i wolność. To, że nikt nie patrzy na to, czy jesteś frikiem, czy masz różowe włosy, stare, czy nowe trampki. Oczywiście Stany podobnie, jak my, muszą się mierzyć z bałaganem w polityce, socjalu, czy służbie zdrowia, ale ta wolność i otwartość jest wpisana w ich bycie i życie. Spotkałam tam wielu życzliwych, ciepłych, wartościowych ludzi.

Masz swój sposób na przeżywanie porażek?

Ja nie doznaję porażek. Owszem upadam. Każdego dnia, ale wstaję, poprawiam koronę i zasuwam dalej. Porażka to dla mnie rezygnacja z dalszego sięgania po swoje marzenia, z realizacji celów. Poddanie się, powiedzenie sobie "Pierdzielę, nie robię" - to nie ja.

Wspomniałaś o tym, że "ćpasz ten sport na całego". Proponowano ci, żebyś się wspomagała przed walką?

Nie jeden raz, ale ja w to nie wchodzę. Powiedziałam kiedyś i nie zmieniam zdania, że jeśli ktoś mi zaproponuje takie rozwiązanie, to dostanie w twarz. Dla mnie to hańbiące. Wiem, że jest ogólne przekonanie, że wszyscy biorą. Byłam testowana 27 razy i zawsze byłam czysta. Dla mnie sport się kończy, tam gdzie są wspomagacze. Znam ludzi, którzy biorą, nie szanuję tego, choć lubię ich prywatnie i rozmawiam z nimi. To dla mnie jednak ujma na honorze. Niemniej każdy jest panem swego losu.

A co sądzisz o zatrzymaniu Mameda Chalidowa?

To, co się stało, to przekreślenie jego życia, kariery. Jestem zaskoczona takim obrotem spraw. Znam Mameda jako sportowca, przykładnego obywatela, który zasymilował się w Olsztynie. Trenowaliśmy razem. Znam jego żonę, dzieci. Dla mnie zawsze był wzorem. Ciężko mi uwierzyć w to, że znalazł czas na to, o co go oskarżono. Poczekajmy na wyjaśnienia, ale skoro został zwolniony z aresztu po dwóch dniach, to coś mi tu śmierdzi. Nie chcę oczerniać służb, ale czasem zdarza się, że znana osoba pasuje do profilu sprawy, nadmuchuje ten balonik. Nie oceniam, bo nie wiem, ale wierzę w to, że Mamed jest niewinny.

Miałaś ostatnio okazję prowadzić trening dla weteranów misji wojskowych. Jak wrażenia po projekcie "Wojownik"?

Było tam wielu młodych chłopaków, którzy robili sobie podśmiechujki, ale ja jestem ostra babka, jeśli chodzi o pracę i biznes. To była krótka piłka. Ci, którzy drwili poszli do kąta. Nie dałam sobie w kaszę dmuchać. Zresztą szybko okazało się, że te młodziaki, to słabeusze, a weterani po 40, czy 50 byli mocniejsi, szybsi. Od razu widać było, który z nich trenował boks. To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Cieszę się, że znalazłam się w ich gronie. Mój tata jest Kurpiem. Mówi się, że Kurp to jak półtora wojownika. Mam to w genach, więc może dlatego, tak dobrze czułam się w ich towarzystwie.

A sportowcy powinni się twoim zdaniem angażować w politykę?

I tak, i nie. Ostatnio widziałam pewien raport, który wyjaśniał, dlaczego Kanada ma się całkiem dobrze. Powód jest prosty. Ministrem zdrowia jest były lekarz, sportu były sportowiec. Uważam, że takimi sprawami powinny zajmować się osoby, które znają temat. Nie powinno być miejsca na kolesiostwo.

W Polsce ministrem sportu jest były sportowiec.

Tak, tu akurat nie mam zarzutów, ale chodzi mi bardziej o rady miasta, sejmiki. To ogromny biznes. Nie powinno być tak, że ktoś, kto jest dobry odchodzi, bo wygrała ta, czy inna partia.

A jak skomentujesz aferę wokół Zofii Klepackiej?

Rozmawiałam z Kingą Rusin, która była częścią tego sporu. Uważam, że zachowanie Zosi w dniu wyborów było bardzo nie w porządku i nie na miejscu. Tłumaczenie się, że jest olimpijką, też nie do końca przyjmuję. W sporcie nie ma barier. Spotykają się ludzie różnych wyznań, nacji, czy orientacji. Nie chcę mówić źle o Zośce, bo szanują ją jako olimpijkę, ale nawet, jeśli coś mniej lub bardziej lubimy, mamy inne przekonania, to należy nam się szacunek do drugiej osoby.

Zawodnicy sztuk walki często mają na swoim ciele dużo tatuaży. A gdzie są twoje?

Mam jeden na nodze. Trzy gwiazdki, z którymi wiąże się pewna historia.

Opowiesz jaka?

Kiedy trenowałam w podwarszawskim klubie Serafin, bywał u nas na zgrupowaniach pan Jacek, którego nazywaliśmy naszym tatą. Żartowałam z nim często, że w końcu muszę sobie u niego zrobić tatuaż. Kiedy leciałam do Tajlandii, wpadłam się z nim pożegnać. "Dziecko, ale ja nic dla ciebie nie mam" – zmartwił się. Po czym stwierdził, że skoro skończyłam 18 lat, to zrobi mi tatuaż. I tak kwadrans przed wylotem na mojej nodze pojawiły się trzy gwiazdki. Pamiętam, że na lotnisku kupowałam wazelinę, żeby go smarować. Dlaczego gwiazdki? Bo moje ulubione motto to "Per aspera ad astra".

Będą kolejne?

Zawsze mówię, że chciałabym mieć kolejny, ale na razie jakoś nie jest mi z tym tautowaniem po drodze. Obiecałam sobie, że jak zdobędę kolejne mistrzostwo, to wydziaram sobie stare logo EFC, bo już dawno takie właśnie chciałam mieć. Dla mnie to taki kop motywacyjny. Uważam, że tatuaże to sztuka, w przeciwieństwie do mojego taty, który jest bardzo skrajny i często komentuje w stylu „ale się podziabali”.

A co będzie po tej walce?

Będę chciała dalej robić to, co robię. Kiedy skończę karierę, zamierzam założyć fundację. To wymaga dużo czasu, oddania się temu całym sercem, ale jestem na to gotowa. Marze o własnej kawiarni z dobrą kawą i pysznymi ciastkami. Może spróbuję swoich sił jako menadżer, bo trenerem zostać nie chcę. Mogę się jedynie dzielić swoją wiedzą. Prywatnie marzę o tym, żeby być blisko swojej rodziny, zostać mamą , pozwiedzać trochę Polskę. Planów jest naprawdę sporo.

Bywa, że ktoś chce się z tobą bić? Zaczepia cię?

Nie raz taka sytuacja miała miejsce. Faceci chcą spróbować udowodnić, że są lepsi, silniejsi. Na pewno są, buzuje w nich testosteron, więc w ogóle nie wchodzę w takie interakcje. Nie chodziłam na dyskoteki, bo zaczepiały mnie na nich też dziewczyny. Pamiętam, że jedna z takich "zawodniczek" zapytała się mnie, czy nie wiem, kim jest. Odpowiedziałam, że w ogóle mnie to nie interesuje i może być nawet królową Boną. Zaczęła strasznie fisiować, więc wyszłam. To chyba zabolało ją najbardziej. Miałam już wtedy umiejętności, mogłam jej pokazać, co potrafię, ale to nie był ring. W takich sytuacjach lepsze jest milczenie.

Powiedziałaś kiedyś, że nie boisz się dostać w twarz.

Trzeba to lubić, mieć w sobie wariata, jak w każdym sporcie. Rzeczywiście nie boję się tego, przyjmuję to jako normę w tym, co robię, ale też nie jest to jakaś moja perwersja, czy fetysz. W sytuacjach łóżkowych nie lubię być bita, czy duszona.

A uprawiasz seks przed walką?

To stara szkoła facetów, że jak przed walką nie uprawiają seksu, to wychodzą jeszcze bardziej nabuzowani, a testosteron sprawia, że idzie im jeszcze lepiej. Chodzi też pewnie o skupienie. Ja sama nie żyję w celibacie na miesiąc przed walką. Potrzebuję skupienia na dwa, trzy dni przed, co nie znaczy, że odmawiam sobie przytulania, pocałunków. Moim zdaniem takie czułości rozładowują stres, dają poczucie bezpieczeństwa.

A czego słuchasz przed wyjściem na ring?

Ostatnio bardzo podoba mi się Rita Ora. Często wracam do Adele. Niby melancholijna, ale uwielbiam przy jej piosenkach biegać. Przed walkami często słuchałam polskiej raperki Reny. Wystąpiłam nawet w jej teledysku, bo lubię wspierać polskie kobiety. Ostatnio urwał mi głowę "Shallow" z filmu "Narodziny Gwiazdy". Niby spokojny kawałek, ale jaka petarda.

Masz jakiś swój rytuał przed walką?

Muszę wydać z siebie taki mocny okrzyk. Prosto z płuca. To moja modlitwa. On daje mi siłę. Ludzie boją się mówić o wierze, a dla mnie to normalna sprawa. Dzięki niej czuję spokój, wiem, że jestem gotowa na wszystko. Nawet jak przegram, to przyjmuję ten werdykt. Każdy dzień kończę słowami: "Dałam z siebie wszystko i nie mam do siebie pretensji". Oby tylko było tak dalej.