Michał Listkiewicz: Niekoniecznie. Tak naprawdę to tylko doradzam panu Wojciechowskiemu, kiedy zwraca się do mnie w jakiejś kwestii. Czasem zaprosi mnie na drinka, więc nie odmawiam, choć dobrze pan wie, że nie przepadam za alkoholem (śmiech).
Nie, bo mam dużo pracy w UEFA. I dobrze mi z tym. Ciągle jestem zajęty. Teraz jadę jako Stambułu, potem do Egiptu i jeszcze później w sprawach sędziowskich do Nigerii.
Nie negocjowałem, tylko skontaktowałem ich ze sobą. Najbliższym doradcą Wojciechowskiego jest Jerzy Klockowski z Gdyni, były reprezentant Polski w rugby. A za kwestie zawodników odpowiada dyrektor sportowy Polonii Henryk Apostel.
I bardzo dobrze. Henio to jest uczciwy człowiek, staroświecki w dobrym tego słowa znaczeniu, doświadczony trener, były wieloletni wiceprezes PZPN. Nie działa w takim stylu jak klasyczni dyrektorzy, którzy mają swoje interesy i ściągają do klubów po dziesięciu zawodników od zaprzyjaźnionych menedżerów bez względu na to, czy nadają się do drużyny, czy nie.
Przypadkowo wpadłem do Wronek, bo byłem niedaleko na wakacjach. Gratulowałem piłkarzom i powiedziałem im, że grali w w dwunastu przeciwko dziesięciu. W Lechu Peszko dostał czerwoną kartkę, a w Polonii dodatkowym zawodnikiem był trener Grembocki. Sposób, w jaki ustawił drużynę, jakich zmian dokonał, był mistrzowski. I trzeba to sobie uczciwie powiedzieć.
Nie wiem. Tak naprawdę to w Polonii wszystko zależy od Józefa Wojciechowskiego. Jak wróci ze Stanów Zjednoczonych, to sobie wszystko z Frankiem Smudą ustalą. Wbrew pozorom Wojciechowski nie jest tak szalony, jak się o nim pisze.
Z Bobem to nie chodziło o wyniki, ale także relacje na linii pracownik - pracodawca. Zresztą z tego, co wiem, sprawa znalazła się w sądzie.
Trochę pomagam w spółce Euro 2012, bywam w siedzibie związku. Ale rzeczywiście to jest działanie na pół gwizdka. Nie ukrywam, że mógłbym robić więcej i ze swoimi kontaktami na pewno bym się przydał. Ale nie zamierzam płakać. Na mistrzostwach świata też kiedyś byłem jako asystent, ale za to także podczas finału Niemcy – Argentyna.
Kiedyś w dobrych czasach to było tak, że Boniek podał, Lato strzelił i cała Polska była w siódmym niebie. A teraz strzelają obydwaj. Do siebie. Szkoda, bo myślę, że Zibi – zwłaszcza teraz przed mistrzostwami Europy w 2012 r. – bardzo by się przydał. To jest ciągle wielka postać. Na świecie, podobnie jak Latę, wszyscy go rozpoznają. Niebagatelna jest także jego niekłamana zażyłość z szefem UEFA Michelem Platinim. To nie są jakieś przechwałki. Zbyszek jest ojcem chrzestnym dziecka Michela. Lekceważenie Bońka jest zwykłą stratą dla polskiej piłki.
Takie polemiki pasują do Janka Tomaszewskiego, który specjalizuje się w nich od lat. Zibi i Grzegorz zachowują się tak jak dzieci w piaskownicy, które posprzeczały się o jakąś zabawkę. Konflikt jest na etapie sypania sobie piaskiem po oczach. Trzeba dzieciaki uspokoić. Obaj są potrzebni polskiej piłce.
Myślę, że akurat z tego powodu nie można wyciągać takich ostatecznych wniosków. Z tego, co wiem, to od początku było wiadomo, że centrum znajdzie się w Polsce. Z prostej przyczyny. My jesteśmy w Unii Europejskiej i pewne procedury będzie łatwiej przeprowadzić w ramach takiej lokalizacji. Ważną kwestią jest też prawdopodobnie lepsza baza hotelowa w Warszawie. Niebawem spotkam się w Kijowie z Hryhorijem Surkisem i prywatnie z nim o tym porozmawiam. Może się tak zdarzyć, że finał zostanie przeniesiony do Warszawy, ale ja wcale nie będę się z tego cieszyć. Może nie zachowam się jak patriota, ale na pewno także nie jak świnia. Będę życzył Surkisowi, żeby żadne miasto ukraińskie nie straciło statusu organizatora na rzecz Polski. Ukraińcy zawsze zachowywali się wobec nas lojalnie i wypada, abyśmy my też trzymali za nich kciuki, a nie liczyli na ich potknięcie.
Dokładnie. Surkis zaprosił mnie na swoje sześćdziesiąte urodziny. Mówiłem panu, że wciąż jestem zajętym człowiekiem.
Moim zdaniem sprawa rozstrzygnie się między Stefanem a Franciszkiem Smudą. Wiele będzie zależeć od opinii Antoniego Piechniczka. Obaj kandydaci się nadają. Zachowując odpowiednie proporcje, Smuda jest jak Jacek Gmoch, a Majewski jak Kazimierz Górski. Jeden pragmatyk, drugi żywiołowy, polegający na intuicji. Ja już kiedyś jako prezes PZPN chciałem zatrudnić Smudę, ale on pracował w Legii i działacze klubu się nie zgodzili na zerwanie umowy. Myślę, że w jego ewentualnej umowie z Polonią znajdzie się zapis umożliwiający w razie czego pracę z kadrą. Prędzej czy później Smuda będzie trenerem kadry, bo na to zasługuje. Ale Majewski w tym momencie ma takie same szanse.