Teraz jestem niesamowicie rozemocjonowany faktem, że zagram na Camp Nou. Ale szczerze przyznam, że nie zdziwię się, jeżeli w środę po wejściu na murawę zacznę się cały trząść...
Szczerze? Wiemy, że nasze szanse na awans nie są za duże. Więcej - są raczej malutkie, to jakaś jedna tysięczna procenta. Ale co w związku z tym, mamy się położyć i oddawać cześć rywalom? O nie, tak to nie będzie. Postawimy się im.
Nie jestem chamem, ale to nie znaczy, że nie mam jaj. Mogę nie odzywać się w szatni Wisły – od tego są inni zawodnicy. Nie znaczy to jednak, że podczas meczów odpuszczam. Myśli pan, że wystraszę się Thierry’ego Henry’ego tylko dlatego, że jest znany? Nie ma mowy. Sprzedam mu kuksańca, żeby nabrał do mnie szacunku, oczywiście jeśli tylko zdołam go dogonić (śmiech).
Mam taką nadzieję. Nie ukrywam, że byłem lekko zawiedziony brakiem zaproszenia na mecz z Ukrainą. Jestem w niezłej dyspozycji, mógłbym się tam pokazać i pomóc drużynie. Inna sprawa, że Beenhakker ma prawo być do mnie nieco zrażony - gdy powołał mnie zimą na spotkanie z Bośnią i Hercegowiną, to dałem ciała.
Jestem zdrowy, mam piękną żonę, nieźle zarabiam, dlaczego więc miałbym chodzić smutny? Umiem cieszyć się życiem.