Dla kibiców Wisły to spora odmiana, bo miniona zima była rekordowa pod względem pieniędzy wydanych na transfery. Do Krakowa trafili wtedy, między innymi, Maor Melikson i Cwetan Genkow. Już ta dwójka kosztowała ponad cztery miliony złotych. Tej zimy nie wydano ani złotówki. Taki był zresztą plan. Menedżerowie, którzy przed otwarciem okna transferowego zgłaszali się do Wisły z propozycjami wzmocnień, odbijali się jak od ściany. Już w grudniu wiedziałem, że Wisła nikogo nie kupi. Dyrektor sportowy Stan Valckx nie krył się z tym i otwarcie mówił, że nie mają zamiaru nikogo pozyskać - wyjawia "Faktowi" jeden z piłkarskich agentów.

Reklama

Dla nas naturalnym wzmocnieniem będą powroty do gry kilku piłkarzy, którzy w trakcie rundy jesiennej zmagali się z urazami - przekonuje Valckx. Holender ma tu na myśli Meliksona i Genkowa oraz Patryka Małeckiego. W Wiśle liczono także na powrót do gry Radosława Sobolewskiego, ten jednak musiał przejść kolejną operację i nie wiadomo, czy kiedykolwiek wróci jeszcze na boisko.

Choć trener Kazimierz Moskal liczył na pewne wzmocnienia, stara się robić swoje. Oczywiście transfery są zawsze mile widziane. Uważam jednak, że nasz obecny skład również ma bardzo duży potencjał. Wystarczający, by bić się o mistrzostwo Polski i z powodzeniem grać w dalszej fazie Ligi Europy - mówi trener mistrzów Polski.

W krakowskim klubie zwracają uwagę, że drużyna w podobnym składzie rok temu sięgnęła po tytuł, kibice zastanawiają się jednak, czy drużyna nie zasilona zastrzykiem świeżej krwi będzie w stanie ograć Standard Liege i dogonić w tabeli ekstraklasy Śląsk Wrocław. My w to mocno wierzymy. Rok temu, w pewnym momencie mieliśmy nawet 10 punktów straty do zespołu Jagiellonii, a jednak zdołaliśmy go przegonić - kończy optymistycznie Dragan Paljić.

>>>Czytaj także: Zobacz, jak spuchła noga Murawskiego