Torres z pięciu metrów trafił w poprzeczkę
Kibice, którzy liczyli na podobny grad goli jak w konfrontacjach Niemcy - Curacao (7:1) lub Szwecja - Tunezja (5:1), srodze się zawiedli. Chyba nikt się jednak nie spodziewał, że w Atlancie w spotkaniu Goliata z Dawidem nie padnie żadna bramka. Był to jednocześnie pierwszy mecz na tym turnieju, w którym obaj bramkarze zachowali czyste konto.
Triumfatorzy mundialu z 2010 roku i aktualni złoci medaliści mistrzostw Europy, którzy rozpoczęli spotkanie z Lamine Yamalem na ławce rezerwowych, mieli bardzo wyraźną przewagę, często zamykali rywali w ich polu karnym, jednak pierwszą dogodną okazję wypracowali sobie dopiero w 39. minucie.
Po zgraniu głową Marco Cucurelli Ferran Torres trafił z pięciu metrów w poprzeczkę, natomiast piłkę po dobitce głową Mikela Oyarzabala w efektowny sposób przerzucił nad bramką Vozinha.
Golkiper Kabowerdeńczyków, który 3 czerwca skończył 40 lat i w minionym sezonie występował w dziewiątym zespole portugalskiej drugiej ligii GD Chavez, popisał się w pierwszej połowie jeszcze dwoma bardzo dobrymi interwencjami. W 45. minucie obronił uderzenie Torresa z pola karnego (ponownie podawał Cucurella), natomiast w doliczonym czasie poradził sobie ze strzałem głową Aymerica Laporte.
Yamal ożywił grę Hiszpanów, ale tylko na chwilę
Lamine Yamal pojawił się na murawie w 71. minucie, kiedy zastąpił swojego klubowego kolegę Gaviego. Dzięki kilku dynamicznym rajdom skrzydłowego Barcelony akcje Hiszpanów, którzy do tej pory bili głową w defensywny mur wyspiarzy, nabrały trochę tempa, jednak animuszu nie starczyło im na długo.
Podopieczni trenera Luisa de la Fuente sprawiali wrażenie, jakby zwycięstwo należało im się z urzędu. W ich grze brakowało zdecydowania i szczególnej determinacji, starali się "klepać" piłkę (wymienili, głównie w środku pola, 804 podania, z których aż 745 było celnych), za mało było akcji skrzydłami oraz strzałów.
Ambitni Kabowerdeńczycy atakowali sporadycznie. W 90. minucie po jedynym rzucie rożnym (Hiszpanie mieli ich 11) Diney Borges główkował wprost w Unai Simona.
Po ostatnim gwizdku kibice Republiki Zielonego Przylądka mogli rozpocząć świętowanie historycznego sukcesu. Tym bardziej, że poniedziałek został przez rząd tego niewielkiego kraju ogłoszony dniem wolnym od pracy.
Michał Ignasiewicz, dziennikarz, redaktor Dziennik.pl. Warszawiak, po dwóch szkołach Mistrzostwa Sportowego. Siatkarzem nie został, bo zabrakło mu wzrostu, w piłce nożnej nie zrobił kariery, bo byli lepsi. Ale do trzech razy sztuka, więc spełnia się w roli dziennikarza sportowego. Zaczynał gdy miał 20 lat w Super Expressie. Później był m.in. Przegląd Sportowy, Dziennik, Futbol News. Fan futbolu nie tylko tego na poziomie Ligi Mistrzów. Po pracy sam zasiada na ławce trenerskiej i prowadzi swoją piłkarską drużynę. Ukończył Wyższą Szkołę Dziennikarską im. Melchiora Wańkowicza i Akademię im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku.
