Polacy w dotychczasowych siedmiu meczach stracili łącznie zaledwie jednego seta. W meczu otwarcia oddali go Estończykom. Później zaś popisali się serią 17 setów z rzędu, w których nie pozwolili rywalom zdobyć więcej niż 19 punktów. Passa zakończyła się w poniedziałkowy wieczór drugą partią ćwierćfinałowego pojedynku z Niemcami, który zespół Vitala Heynena również wygrał 3:0.

"Gdzie jest kres naszych możliwości? Jak odpadniemy, to odpowiem na to pytanie. Albo jak przegramy 0:3 jakiś mecz, to powiecie, że w końcu znaleźliśmy jakiegoś godnego rywala. Każdego przeciwnika trzeba szanować. Niemcy to nie są zawodnicy młodzi, tylko bardzo doświadczeni i ograni. Gdyby nie jakieś kontuzje lub ich forma byłaby trochę wyższa, to ten mecz wyglądałby inaczej. Ale też trzeba patrzeć na to jak my gramy w siatkówkę, a nie tylko na to, co się działo po drugiej stronie siatki" - zaznaczył Drzyzga.

Jeden z dziennikarzy zapytał go, czy te ME to najłatwiejszy turniej rangi mistrzowskiej, w którym brał udział.

"Uważam, że nigdy wcześniej nie było takiej grupy zawodników, którzy się ze sobą dogadują, lubią razem spędzać czas - szczególnie na boisku. To, czy turniej jest łatwy czy nie.... Dla nas jest on fajną przygodą, fajnym przeżyciem i fajnie, że gramy do samego końca" - podkreślił 29-letni siatkarz.

Niemcy zgodnie z przewidywaniami postawili na bardzo mocną zagrywkę. Popełniali jednak w polu serwisowym bardzo dużo błędów.

"Spodziewaliśmy się, że będą ryzykować w tym elemencie i to robili. Dwa, trzy razy trafili, ale większej krzywdy nam nie zrobili. Przyjmujący odbierali piłkę - nie powiem, że perfekcyjnie - ale utrzymywali ją w boisku, a to wystarczyło, żeby skończyć nasze ataki" - zastrzegł rozgrywający mistrzów świata.

Przeanalizował też grę własnej drużyny w pozostałych elementach. "Myślę, że graliśmy nieźle blokiem, w obronie mogliśmy trochę lepiej. Zagrywka nie była tym razem naszym najmocniejszym punktem. Atak - jak na moje oko, bez zaglądania w statystyki - nieźle. Nie żadne wariackie papiery, ale ważne, że było skutecznie" - wyliczał.

Podopieczni Andrei Gianiego, srebrni medaliści poprzedniej edycji ME, często zagrywali na Wilfredo Leona. Wiele piłek Drzyzga kierował potem właśnie do pochodzącego z Kuby przyjmującego, który przeważnie nie zawodził.

"Wszystkie drużyny próbują zagrywać na Leona. Ale niech robią tak dalej, nam to nie przeszkadza. To mocny zawodnik, nie jest więc chyba sztuką wykorzystywać go w ataku. Jest prawie... jest może nawet najlepszym zawodnikiem na świecie. Ale w tym meczu Michał Kubiak w ataku robił swoje, Maciek Muzaj też. Z Wilfredo gra się jak z każdym innym zawodnikiem. Po prostu on atakuje trochę wyżej" - skwitował zawodnik Lokomotiwu Nowosybirsk.

W "czwórce" ME Polacy poprzednio byli osiem lat temu, kiedy zdobyli brąz. Drzyzga przestrzega przed podchodzeniem ze zbyt dużą pewnością siebie do rywali, z którymi biało-czerwonym przyjdzie się zmierzyć w dwóch pozostałych meczach tego turnieju. O awans do finału powalczą w czwartek o godz. 20.30 w Lublanie ze Słoweńcami, którzy pokonali w ćwierćfinale broniących tytułu Rosjan 3:1.

"Wszystkie drużyny w tym gronie są w formie. Słoweńcom będą pomagali dodatkowo kibice. To już jest najwyższy poziom. Nie ma zespołów, przy których wyjdziemy i z palcem w nosie możemy łatwo wygrać. Mam nadzieję, że będziemy wygrywać dalej i 3:0, ale tak samo możemy przegrać. Bo drużyny są na bardzo zbliżonym poziomie. Koncentrujmy się teraz na tym, by jak najszybciej polecieć do Lublany i nie tracić za dużo sił" - zaznaczył rozgrywający polskiej reprezentacji.