Czy Euro 2008 w Austrii i Szwajcarii będzie udaną imprezą?
Jestem pewien, że tak. Znam dobrze oba te kraje i jestem pewien, że przygotują doskonałe mistrzostwa Europy. Zresztą od kilku dni znajomi dzwonią do mnie i pytają: "Radek czy warto tam jechać?" Mówię im: "Jedźcie w ciemno, nawet bez biletów. Bo uważam, że warto tam być nawet pod stadionem. Atrakcji dla kibiców będzie tam co niemiara. To są piękne kraje dla turystów". Sam zresztą też wybieram się na Euro. Pakuję rodzinę w samochód i robimy sobie wspaniałe piłkarskie wakacje. Chciałbym obejrzeć, jak najwięcej spotkań. W tym oczywiście wszystkie, w których wystąpią Polacy.

A miejscowi będa tam przychodzić na mecze? Austriacy chyba nie za bardzo wierzą w swoją drużynę.
Ja bym ich tak nie lekceważył. Jestem piłkarzem i wiem co mówię. Nie można oceniać drużyny na podstawie wyników meczów sparingowych. W takich spotkaniach bez żadnej stawki naprawdę trudno się zmobilizować. Proszę przypomnieć sobie, jakie wyniki mieli Niemcy przed mistrzostwami swiata w 2006 roku. Przecież po wysokich porażkach z Włochami i Rumunami wszyscy domagali się dymisji Juergena Klinsmanna i mało kto wierzył, że gospodarze coś zdziałają na mistrzostwach. Potem okazało się, że grali rewelacyjnie. Dlatego kiedy ktoś pyta mnie, czy chciałbym, żeby Polska trafiła w grupie na Austriaków, odpowiadam, że nie. To drużyna żądna sukcesów. Liga austriacka kończy się w kwietniu. Potem trener Josef Hickersberger zbierze zawodników na ponad miesiąc i w tym czasie z pewnością znakomicie ich przygotuje do mistrzostw. Na dodatek został już zażegnany konflikt z dwoma najlepszymi obrońcami, którzy obrazili się na selekcjonera. Emanuel Pogatetz i Martin Strunz znowu grają w kadrze. To będzie naprawdę silna, młoda, ambitna drużyna, której liderem będzie Andreas Ivanschitz z Panathinaikosu Ateny.

Jaki jest poziom lig w tych krajach, wyższy niż w Polsce?
Uważam, że tak. Wystarczy spojrzeć na obcokrajowców, występujących w klubach Austrii i Szwajcarii. W tym drugim kraju liga jest bardziej zróżnicowana. Kanton niemieckojęzyczny zapatrzony jest na Bundesligę i tamtejsi piłkarze wzorują się na gwiazdach z Niemiec, z kolei włoski patrzy na Serię A, a francuski na ekstraklasę francuską. Kaźdy klub szwajcarski gra w innym stylu. W Austrii wszystkie zespoły grają podobnie - jak Niemcy. Muszę jednak przyznać, że ostatnio tamtejsze kluby płacą gorzej niż parę lat temu. W tej chwili tylko Red Bull Salzburg stać na prawdziwe gwiazdy. Tacy piłkarze, jak Chowat Niko Kovac, Czech Vratislav Lokvenc, czy Niemiec Alexander Zickler zarabiają tam kolosalne pieniądze.

Mimo to Red Bull nie zdołał zakwalifikować się do Ligi Mistrzów.
To prawda. Rok temu lepsza okazała się Valencia, a teraz Szachtar Donieck. Porażki z takimi klubami to jednak nie wstyd. Miałem okazję poznać właściciela Red Bulla, Dietricha Mateschitza. To człowiek, który tak łatwo nie rezygnuje i nadal ma zamiar inwestować w klub, tak żeby stał się wizytówką austriackiej piłki. Dlatego też po porażkach w eliminacjach Champions League pracy nie stracił Giovanni Trapattoni. Władze klubu zdają sobie bowiem sprawę, że marketingowo nazwisko Włocha jest bezcenne i pomoże ściągnąć do klubu jeszcze nie jedną gwiazdę.

A jak wygląda kibicowanie w Austrii i Szwajcarii?
No cóż, kibice w tych krajach sa raczej spokojni i mało ekspresyjni. To na pewno nie są tacy kibice, jak w Polsce. Przecież kiedy na stadionie Ernsta Happela grała Legia, to 2 tysiące kibiców ze stolicy zakrzyczało 14 tysięcy miejscowych.

Panu nigdy nie dane było zagrać na wielkiej piłkarskiej imprezie. Zazdrości pan reprezentantom?
Przede wszystkim zazdroszczę im takiego trenera, jak Leo Beenhakker. Zazdroszczę tego, że w reprezentacji grają najlepsi, a powołaniach decyduje trener, a nie jakieś układy, czy menedżerowie. Za moich czasów tak nie było. Przyjeżdżałem na kadrę i miałem wrażenie, że skład na mecz jest z góry ustalony. W ogóle to cud, że w tej reprezentacji się znalazłem. Trenerzy w ogóle nie mieli pojęcia, że jest taki piłkarz, jak Gilewicz. To wy, dziennikarze sprawiliście, że zostałem sprawdzony. Jak grałem w VfB Stuttgart, to domagaliście się powołania dla mnie. Podobnie później, kiedy regularnie zostawałem najlepszym strzelcem ligi austriackiej.

Ale powiedzmy szczerze, że wielkiej kariery w reprezentacji pan nie zrobił...
Też tak uważam. Nie unikam tego tematu, bo swoją karierę ogólnie uważam za udaną, poza rozdziałem pod tytułem „Reprezentacja”. Tak naprawdę jednak żałuję, że żaden z selekcjonerów nie postawił na mnie, tak jak Beenhakker na niektórych młodych zawodników. Ja nigdy nie dostałem tylu szans co na przykład Grzegorz Rasiak. Wychodziłe zwykle na kilka ostatnich minut, a w takiej sytuacji naprawdę ciężko jest strzelić gola.

Wystarczyło jednak kilka centymetrów w meczu z Anglią w Warszawie, a byłby pan bohaterem...
To prawda, ale w tym meczu też nie czułem się komfortowo. O tym, że gram dowiedziałem się tuż przed spotkaniem. I stało się tak tylko dzięki prasie. Trzy dni przed Anglikami graliśmy sparing ze Świtem Nowy Dwór. Wszedłem po przerwie i zdobyłem dwa gole. Gazety zaczęły więc pisać, że powinienem grać. Trener Janusz Wójcik wystawił więc mnie do składu, ale zrobił to raczej bez przekonania. Dlatego uważam, że młodzi chłopcy z reprezentacji powinni cieszyć się, że mogą pracować z Beenhakkerem. Proszę zobaczyć, jak on wpływa na tych chłopców. Tomasz Zahorski w lidze nie mógł strzelić gola w kilkunastu spotkaniach. Wystarczyło jednak powołanie i chłopak zupełnie się odmienił. W Belgradzie w meczu przeciwko silnym Serbom był jednym z najlepszych na boisku.

Może Beenhakker odmieniłby także innego piłkarza - pańskiego dobrego znajomego z Austrii Wiedeń, Sebastiana Milę.
Wierzę, że Sebastian jeszcze wróci do dawnej formy i do reprezentacji. Rozmawiałem z nim dwa dni temu. Chwalił się, że wreszcie gra. W ostatnich spotkaniach miał pewne miejsce w pierwszym składzie Valerengi Oslo.

Dlaczego Mila zamiast szykować się do wyjazdu na Euro, walczy o miejsce w jedenastce przecietnej norweskiej drużyny?
Może dlatego, że odszedłem z Austrii? Dopóki byłem w klubie pomagałem Sebastianowi, jak mogłem i wtedy grał w pierwszym składzie. Zrezygnowałem z gry w Austrii w momencie, kiedy w klubie panował wielki bałagan organizacyjny. W tym samym czasie odszedł też menedżer Toni Polster, który ściągnął Milę do Wiednia. No i potem nowy trener chciał robić wszystko odwrotnie niż Polster. Na początek odsunięto od składu Sebastiana, który miał najwyższy kontrakt w drużynie. Mila nie poradził sobie z tą sytuacją. Kiedy przyjeżdżał do Austrii był gwiazdą polskiej ligi. Myślał, że podobnie będzie nad Dunajem. Pamiętam, jak wtedy dzwonili do mnie dziennikarze i pytali, czy to nie jest za słaby klub dla Mili. Odpowiadałem, że nie jest wcale powiedziane, czy będzie tu grać w pierwszym składzie. I okazało się, że tak było. U nas na bokach pomocy grali najlepsi piłkarze ligi austriackiej, reprezentanci Czech - Stepan Vachousek i Libor Sionko. Na środku grał świetny Francuz Jocelyn Blanchard. Oni byli nie do ruszenia. Dla Mili nie było miejsca. Uważam, że nie powinien przychodzić do Austrii. Jego menedżer musiał wiedzieć, jakie będzie mieć tu szanse na grę. Ale ten człowiek po dokonaniu transferu w ogóle nie interesował się Sebastianem, który po prostu nie umiał się w Wiedniu odnaleźć. Dlatego transfer do Norwegii był dobrym posunięciem, bo to świetne miejsce na odbudowanie kariery.

Pan wyjechał za granicę jeszcze wcześniej niż Mila i mimo to doskonale sobie poradził.
A to dlatego, że miałem świetnego menedżera Heinza Grulera! Jak wyjechałem do szwajcarskiego St. Gallen miałem 21 lat. Nie rozumiałem ani słowa z tego co do mnie mówił menedżer, bo nie znałem niemieckiego. Ale mimo to dzwonił do mnie codziennie i pocieszał mnie, kiedy miałem jakieś problemy. To fachowiec najwyższej klasy, który prowadził interesy tak znanych piłkarzy, jak Didier Hamann, czy Fernando Morientes. Gruler związał się ze mną na długie lata i nie ograniczał się tylko do kasowania prowizji za transfery. On po prostu mądrze budował moją karierę. Kiedy Karlsruhe spadło z Bundesligi nie wiedziałem co dalej robić. W tym samym czasie moj ojciec ciężko zachorował i pomyślałem, że chyba będzie lepiej kiedy wrócę do Polski. Myślałem: "Cóż, nie udało mi się zwojować Europy. Ale wtedy Gruler powiedział: "Rado, spokojnie. Może spróbujesz czegoś nowego, innego?". I załatwił mi kontrakt w Tirolu Innsbruck. Teraz mój menedżer pomaga Mili.

W Austrii osiągnął pan prawie wszystko poza setką goli w Bundeslidze.
Ja tak na to nie patrzę. Licznik moich ligowych goli stanął na 99, ale przecież zdobywałem bramki także w Stuttgarcie, Karlsruhe, wcześniej Ruchu Chorzów. Oprócz ligi zdobyłem mnóstwo bramek w europejskich pucharach i to w meczach z drużynami pokroju np. Valencii, czy Fiorentiny. Naprawdę mam ich grubo ponad setkę. Jestem więc zadowolony ze swojej kariery oprócz, jak już wspominałem, nieudanej przygody z reprezentacją.

Razem z panem wrócił z Austrii Jerzy Brzęczek. On doskonale radzi sobie w Górniku Zabrze, a pan nie błyszczy w II-ligowej Polonii...
To prawda, ale chciałbym przypomnieć, że Jurek przepracował z Górnikiem cały okres przygotowawczy, a ja dołączyłem do Polonii na tydzień przed ligą, a na dodatek po dobrym początku rozgrywek złapałem kontuzję. Wydaje mi się też, że razem z Polonią lepiej radziłbym sobie w pierwszej lidze, niż w drugiej. Tu się naprawdę ciężko gra. Jest kilka silnych zespołów – my, Śląsk, Lechia, czy Arka, a pozostałe braki w umiejętnościach nadrabiają walecznością. W całej mojej karierze nie byłem tak pokopany, jak teraz! Ale ja się tym chłopcom nie dziwię. Widzą przed sobą byłego reprezentanta Polski, to grają ostro, chca pokazać, co umieją. Ja na ich miejscu robiłbym dokładnie tak samo.

Awansujecie?
Mamy na to duże szanse. Wiosną ze wszystkimi najgroźniejszymi rywalami gramy na własnym stadionie, a to naprawdę duży atut.

A w jakiej roli zostanie pan w Polonii - piłkarza, menedżera, a może jednej i drugiej?
Pomińmy ten temat. Na razie nie chcę o tym rozmawiać, bo po prostu nie wiem co ze mną będzie. W tym tygodniu czekają mnie rozmowy z właścicielem klubu i po nich powinienem być mądrzejszy. W tej chwili biorę pod uwagę wszystkie możliwe rozwiązania, łącznie z zakończeniem kariery.

A co poza piłką? Ma pan jakiś pomysł na biznes?
Cały czas świetnie funkcjonuje moja firma "Gilsport”. Produkujemy naprawdę wysokiej klasy sprzęt sportowy. Firma jest polska, ale tak jak wszyscy, produkujemy w Chinach. Właśnie wchodzimy na rynek austriacki.

Rozmawiał pan już z nowym trenerem Dariuszem Wdowczykiem?
Może to dziwne, ale jeszcze nie. Leczę kontuzję i kiedy jestem w klubie, to trenera zwykle już nie ma. Nie wiem więc nawet, czy jesteśmy na ty, czy na pan. Mam nadzieję, że będziemy na ty.

Widzi pan w Polonii jakiegoś chłopaka, który może zrobić taką karierę, jak pan?
Jest ich kilku. Przede wszystkim Daniel Mąka, Piotr Klepczarek, Sebastian Olszar i Piotr Kulpaka, którego postawa bardzo mi się podoba. To chłopak, który daje z siebie wszystko. Na treningach zasuwa i mówi, że musi grać za wszelką cenę, ławka go nie interesuje. Bardzo ambitny zawodnik. Każdy z tych chłopaków zawsze może zwrócić się do mnie po radę. Chciałbym pomagać młodym piłkarzom budować ich kariery. Nie chodzi mi o to, żeby być menedżerem i nimi handlować, chodzi mi raczej o takie rady, które pomogą im uniknąć sytuacji takich, w których znalazł się Mila.