Przed domem najpopularniejszego polskiego sportowca tłok był zawsze. Parkujących gdzie popadnie ciekawskich przeganiali sąsiedzi, którym auta na rejestracjach z całego kraju blokowały wyjazd z domów. Sami Małyszowie znosili wiele.

Wycieczki, które wydeptały nawet ścieżkę do najlepszego punktu widokowego przy płotku oddzielającym posiadłość od uliczki. Życzliwych, którzy pracującemu w ogrodzie Adamowi doradzali, by się nie męczył, tylko wynajął kogoś do machania łopatą. Natrętów, którzy o świcie dzwonili do drzwi i żądali rozmowy z czterokrotnym mistrzem świata.

Nawet wówczas, kiedy w postawionym w akcie desperacji betonowym płocie ktoś wyrąbał dziurę, przez którą znowu można było podglądać, co dzieje się na podwórku; po prostu ją załatali. Ale kiedy tuż za płotem zaczęło powstawać osiedle wielokondygnacyjnych apartamentowców, cierpliwość się skończyła.

"Będziemy musieli się wyprowadzić" - mówi nam Adam Małysz. "Nie chcemy mieszkać na osiedlu" - dodaje jego żona Izabela.

Skoczek przyznaje, że inwestycja kompletnie go zaskoczyła. "Nawet nie wiemy, kto i kiedy wydał zezwolenie na budowę. Najpierw zauważyłem geodetów, a pewnego dnia na działkę wjechały buldożery" - opowiada.

Teraz, gdy stoi w ogródku, widzi dwupiętrowy budynek z czerwonych pustaków. Pierwsze mieszkania mają być gotowe w grudniu tego roku. Najtańsze kosztuje około 200 tysięcy, najdroższe blisko 400 tysięcy złotych. "Te od naszej strony już dawno zostały sprzedane" - przyznaje Izabela Małysz.

Nic dziwnego. Z balkonów doskonale widać, co dzieje się przed domem. A trudno spodziewać się, że zainteresowanie zawodnikiem, który ma szanse na kolejne sukcesy, nagle się skończy. Dlatego Małyszowie otwarcie przyznają, że wkrótce wyprowadzą się z wypieszczonego domku.

"Będzie piąty rok, jak w nim mieszkamy. Najbardziej żal mi hektarowego ogrodu. Urządzenie go pochłonęło masę czasu i pieniędzy. Doglądałem tam każdego drzewka i krzaczka" - rozczula się Adam. Gdzie się przeniesie? Chciałby zostać w Wiśle. Tu działa jego galeria, żona ma sklep z ciuchami, mieszkają bliscy.

"Z tego co wiem, władze miasta też chcą, bym tu został. Może pomogą znaleźć jakąś działkę. Choć na miejscowych bardzo się ostatnio zawiodłem. Ludzie odwiedzający galerię skarżą się, że nikt nie potrafił wskazać im drogi... Nie rozumiem, dlaczego. Przecież wszyscy korzystają na mojej popularności. Jeśli się nie uda, to okolice, na przykład Ustroń, też są piękne" - mówi czterokrotny zwycięzca klasyfikacji generalnej Pucharu Świata.

Raczej nie zamieszka w Zakopanem. Takie plotki pojawiły się trzy lata temu, gdy kupił położoną w okolicy Wielkiej Krokwi działkę o powierzchni hektara. Chciał wybudować na niej drewniany domek letniskowy. "Bardzo się cieszę, bo żona i ja bardzo lubimy Zakopane" - żartował wtedy Małysz. "Oglądaliśmy wiele działek, niedawno w Kościelisku i na Pardałówce, ale stąd będę miał najbliżej do pracy".

Teraz i tam sytuacja się komplikuje. Władze Zakopanego nie chciały pójść na rękę skoczkowi, który co roku przyciąga do ich miasta ponad 50 tysięcy ludzi. Podczas remontu ulicy Bronisława Czecha nie zdecydowano się na takie wyprofilowanie chodnika, by w przyszłości mogła łączyć się z nim droga prowadząca do działki Małysza.

Poza tym w takim miejscu jak Zakopane skoczkowi i jego rodzinie tym bardziej będzie trudno o spokój i anonimowość. Tylko czy gdziekolwiek uda się je znaleźć, skoro nawet handlarze w Egipcie na słowo "Polska" uśmiechają się od ucha do ucha i krzyczą "Malysz"?