"Byłem zaskoczony karą" - komentował Robert Kubica kolizję z Hamiltonem podczas Grand Prix Japonii. "Jechałem szybciej, Lewis popełnił błąd i zostawił miejsce. Wjechałem tam, a on nagle ściął zakręt i dotknęliśmy się. To była typowa stłuczka" - tłumaczył Polak, który ostatecznie zajął siódme miejsce. Brytyjczyk wygrał i praktycznie zapewnił sobie tytuł.

W takich "racing accidents" często trudno jednoznacznie wskazać winnego. Czy BMW wpadło w lekki poślizg i skierowało się w stronę McLarena? A może to Hamilton, broniąc pozycji, nieznacznie zajechał drogę Polakowi? "W ogóle go nie widziałem, bo miałem zaparowane lusterka. Robert, idąc po wewnętrznej, ryzykował" - mówił na konferencji prasowej Hamilton. Brytyjczyk dodał, że Kubica postąpił nierozważnie, źle wybrał miejsce do wyprzedzania.

Pewne jest to, że kary być nie musiało. Obaj kierowcy kontynuowali jazdę (Hamilton z powodzeniem), kolizja nie miała wielkiego wpływu na kolejność na torze. Kilka tygodni temu podczas GP Europy na Nürburgringu Nick Heidfeld dwukrotnie spychał z toru innych kierowców - szanse na dobry wynik tracili wówczas Kubica i Ralf Schumacher. Sędziowie nie znaleźli jednak winy u Niemca.

Nie ma gwarancji, że gdyby Polak nie stracił kilkudziesięciu sekund za karny przejazd przez aleję serwisową, to dojechałby do mety na podium lub w jego okolicach - sytuacja na torze Fuji była tak zmienna, że nie sposób tego stwierdzić. Ale stracił szansę. Drugie miejsce zajął wczoraj Kovalainen, z którym Polak od kilku wyścigów walczy jak równy z równym.