Gratulacje. Wywalczył pan z reprezentacją Senegalu awans do Pucharu Narodów Afryki. Sądząc po wynikach, nie przyszło to łatwo.
Faktycznie, nasze losy ważyły się do ostatniego meczu z Burkina Faso. Wygraliśmy wysoko i uzyskaliśmy awans. Te kwalifikacje są wyjątkowo trudne, bo w grupie gra się tylko sześć spotkań. Nie można sobie pozwolić na potknięcia, bo później trudno jest tę stratę odrobić. Na stadiony przychodzi 40-60 tysięcy widzów. Na trybunie zasiada prezydent, ministrowie. Presja jest ogromna.

Czy to prawda, że gdyby Senegal nie awansował, straciłby pan pracę?
Takie zasady obowiązują w Afryce. Jak się nie osiągnie wyznaczonego celu, nie ma najmniejszych szans, by utrzymać posadę. Ale ja już znam tę afrykańską specyfikę i gdyby nam się nie udało, sam złożyłbym rezygnację.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc teraz musi pan chyba zdobyć ze swoją drużyną medal?
W Pucharze Narodów Afryki byłem już drugi, trzeci, czwarty i piąty. Teraz pewnie będę szósty albo wreszcie pierwszy (śmiech). Od wyniku w turnieju finałowym zależy, czy otrzymam propozycję przedłużenia kontraktu, który wygasa w przyszłym roku.

Na co dzień wszyscy pańscy reprezentanci grają w Europie. To dla pana problem?
To sprawia, że mało czasu spędzam w Senegalu. Kursuję między Polską a Francją. Natomiast w każdy weekend jeżdżę po Europie, by utrzymywać kontakty z moimi piłkarzami.

Jak Senegalczycy podchodzą do występów w kadrze?
Przypomina mi się taka historia. Na zgrupowanie przyjechał jeden z piłkarzy i akurat stał przy recepcji, gdy zjechałem na dół. Tuż obok niego stała 30-osobowa grupa. Podchodzę i pytam recepcjonistki, czy to jakaś drużyna. Okazało się, że to rodzina tego piłkarza. Przyjechała dodawać mu otuchy i pomóc w noszeniu walizek. Taka tutaj panuje tradycja. Gdy reprezentanci przyjeżdżają do Dakaru, są traktowanie jak bogowie. Musi to mieć wpływ na ich psychikę. Bardzo się udzielają, pomagają biednym, odwiedzają rodziny, wręczają prezenty... W takiej atmosferze trudno o koncentrację i musiałem długo nad tym pracować. Mogę powiedzieć, że teraz jest już lepiej.

Senegal to piąta afrykańska reprezentacja prowadzona przez pana. Co tak pana ciągnie na Czarny Ląd?
Tak jakoś wyszło, że w Afryce wyrobiłem sobie silną pozycję. Można powiedzieć, że jestem człowiekiem od konkretnych zadań. Trzeba wywalczyć awans? Najlepiej zadzwonić do Kasperczaka. Najdłużej pracowałem w Tunezji, gdzie byłem równocześnie dyrektorem technicznym. Nieskromnie przyznam, że wykonałem tam kawał dobrej roboty. Stworzyliśmy struktury techniczne, wprowadziliśmy zawodowstwo. Z tym czteroletnim pobytem w Tunezji wiążą się moje najmilsze wspomnienia z Afryki.

Z pewnością śledzi pan wyniki reprezentacji Polski.
Dobrze widzę tę naszą kadrę. Kwalifikacje europejskie są bardzo trudne i tutaj trzeba skupić się na wyniku, a nie na jakości gry. Trzeba też mieć trochę szczęścia, ale musimy to szczęście prowokować. Tak jak Jacek Krzynówek w Portugalii. Pamiętam, że Kazio Górski mówił do nas: "Chcecie wygrać? No to strzelajcie na bramkę przeciwnika. Ale nie raz, czy dwa. Trzydzieści razy. Wtedy na pewno coś wpadnie, tak wynika ze średniej". Teraz widzę to w naszej kadrze. I wreszcie są wyniki. Oceniając reprezentację, trzeba pamiętać, w jak trudnych warunkach pracuje Beenhakker. Ja mam 80 reprezentantów w ligach europejskich. On takiego wyboru nie ma.

W dodatku ci nieliczni Polacy mało grają.
Nie narzekajmy, patrzmy na to realnie. Oglądałem niedawno mecz Ligi Mistrzów Celtic - Milan. Eksperci w studiu dziwili się, że Maciek Żurawski jest rezerwowym w tak słabym klubie. Słabym? To ja się pytam, kto ten mecz wygrał? Bądźmy poważni.

Zagląda pan ostatnio na polskie boiska. Nasza liga idzie w górę?
Postęp to by był, jakbym zobaczył jedną drużynę w Lidze Mistrzów, a dwie w Pucharze UEFA. Liga z pewnością zyskała na atrakcyjności, ale poziom sportowy pozostał bez zmian. Musimy jeszcze włożyć dużo pracy w tworzenie podstaw, godnych warunków do treningów. Podoba mi się pomysł z Młodą Ekstraklasą. Może na dłuższą metę nie rozwiąże naszych problemów, ale w obecnej sytuacji to interesujące rozwiązanie. Wreszcie piłkarze, którzy wcześniej nigdzie nie grali, mają możliwość rywalizacji. To bardzo ważne, bo z konia, który jeździ tylko w karuzeli, a nie w wyścigach, nic dobrego nie będzie.

Pojawiła się fala młodych trenerów: Skorża, Michniewicz... Do nich należy przyszłość?
To dobry kierunek. Młodzi muszą bić się o swoje miejsce w trenerskiej hierarchii. Starsi szkoleniowcy muszą się bronić doświadczeniem i wiedzą. Uważam jedynie, że trenerami powinni zostawać ludzie, którzy wcześniej grali w piłkę. Niekoniecznie na bardzo wysokim poziomie, ale muszą czuć piłkę, atmosferę szatni. Weźmy Francję. Trenerami zostali Fernandez, Blanc, Roussey, Papin, którzy jeszcze niedawno czarowali na boisku.

Widzi się pan w polskiej lidze? Co chwilę pojawiają się spekulacje na temat pańskiego powrotu.
Nigdy nie mówię nigdy. Nie dziwię się, że w Polsce się o mnie spekuluje, bo z Wisłą osiągnąłem dobry wynik. Wciąż czuję się dobrze i nie myślę o przejściu na emeryturę.

Przymierzał się pan do roli prezesa PZPN. To już nieaktualne?
Na dzisiaj trudno mi coś powiedzieć, bo sytuacja jest bardzo skomplikowana. PZPN to w tej chwili zamknięta klika. Najlepiej, jakby wszyscy podali się do dymisji. Ale na to chyba nie ma co liczyć. Jedynym wyjściem jest zmiana ordynacji wyborczej. Wszyscy wiemy o korupcji, są dowody, tymczasem konkretnych działań ciągle brak. Proszę zobaczyć, co się stało z ministrem sportu. Skorumpowali dwóch jego ludzi i ministra już nie ma. Trzeba też przekazać więcej władzy zawodowej ligi. Bez tego nie będzie postępu.

Wciąż procesuje się pan z Wisłą, czy może wreszcie osiągnęliście porozumienie?
O to będzie bardzo trudno. Czy wyobraża pan sobie, że Mourinho odchodzi z Chelsea i nie dostaje żadnego odszkodowania? Mój wizerunek wiele na tym stracił. Niestety, u nas wciąż takie rzeczy są na porządku dziennym i jest to czysta kpina ze strony PZPN. Dlatego teraz pomagam w powstaniu stowarzyszenia trenerów. Musimy zacząć być szanowani. We Włoszech, zanim klub zatrudni nowego trenera, musi dojść do porozumienia z jego poprzednikiem.

W grudniu mówił pan, że w Wiśle rządzi przypadek. Zmienił pan zdanie?
Już podczas turnieju w Chicago gra Wisły zaczęła mi się podobać. Kosowski i Niedzielan bardzo wzmocnili zespół. Czy to drużyna, która może zaistnieć w Europie? Daj Boże, ale wcześniej trzeba podnieść poziom całej ligi. Bez tego można liczyć tylko na pojedyncze sukcesy w Europie.

Zdążymy z organizacją Euro 2012?
Jestem pewien, że tak. Zniknęły już politycznie niesnaski, są odpowiednie ustawy. Sam jestem w komitecie organizacyjnym w Krakowie.