Na narodowym stadionie przywitał ich odsłonięty w 2006 r. pomnik Tofika Bachramowa, patrona obiektu. To właśnie Bachramow był arbitrem liniowym meczu Anglików z RFN w finale mistrzostw świata w 1966 r. Dzięki niemu uznano im kontrowersyjnego gola. "Żadnego naszego piłkarza nie znam, ale Tofika znają wszyscy. Dzięki niemu nasz kraj stał się sławny" - powiedziała nam Irina, młoda lekkoatletka, która właśnie odbywała poranny trening.

Pomnik odsłonił rok temu sam Geoff Hurst, po którego strzale piłka odbiła się od poprzeczki i linii bramkowej. Bachramow powiedział sędziemu głównemu, że widział gola i Anglicy objęli w dogrywce prowadzenie 3:2, by ostatecznie wygrać 4:2. Po kilkunastu latach Azer, pełniący już wtedy funkcję sekretarza generalnego rodzimej federacji, wydał wspomnienia, w których nie był już tak pewny swojej ówczesnej decyzji. Mecz określił jako "(...)pojedynek pełen prawdziwych cudów. A kto nie chce być czarodziejem choćby przez 90 minut?”.

Spotkany na lotnisku sędzia sobotniego meczu Polaków, Cypryjczyk Costas Kapitanis, mówi inaczej. "Chcę być niewidoczny na boisku, to piłkarze są bohaterami" - stwierdził krótko. Dla Polaków lepiej, by w sobotę cuda się nie zdarzały i by scenariusz był podobny do tego sprzed trzech lat, gdy wygrali tu 3:0.

Pan Kapitanis musiał ze swoimi asystentami, podobnie jak wszyscy podróżni (choćby silna grupa polskich fanów, pod wodzą prezesa Miedzi Legnica), odstać kilkadziesiąt minut w kolejce po wizę. Nasi piłkarze mieli łatwiejszą drogę. Wysiedli z czarterowego, prezydenckiego, samolotu z wizami już w paszportach. Przywitał ich upał - prawie 40 stopni. Gdy wieczorem wychodzili na trening termometry pokazywały ponad 25 stopni. Tak będzie i podczas sobotniego meczu, który rozpocznie się o godz. 21.00 czasu miejscowego, czyli o 18.00 polskiego.

Temperatura się jednak nie zmieni - wczoraj o godz. 21, gdy wyszli na trening, wynosiła... prawie 30 stopni. "Nie są to moje wymarzone warunki, ale damy jakoś radę. Wolałbym 20 stopni i lekką mżawkę" - powiedział DZIENNIKOWI schodzący z boiska spocony Marek Saganowski. Pot lał się strumieniami z niemal wszystkich kadrowiczów, choć sam Leo Beenhakker nawoływał, by biegali spokojnie, nie tracili zbyt wielu sił. "Relax, relax" - upominał Holender. Starał się jednak mobilizować swoich piłkarzy: "Też nienawidzę tych treningów po podróży. Ale trzeba przez to przejść!" - krzyczał Beenhakker.

Dopiero o 23 miejscowego czasu Polacy zjedli obiad przygotowany przez przebywającego w Baku od kilku dni Tomasza Leśniaka. "We włoskim stylu. Makarony, owoce, warzywa. Powinno smakować. Wszystkie produkty były dobrej jakości" - zapewnił nas kucharz kadry.

Kucharz z krakowskiego Sheratona niemal nie wychodzi z kuchni. Spotkany w holu, trzy godziny przed przylotem kadry, nie miał czasu nawet na krótką rozmowę. "Muszę biec, straszny mam dziś młyn. Ale na nic nie narzekam. Warunki pracy są tu świetne, produkty w porządku. Na pierwszą kolację przygotowuję makarony. Leo Beenhakker preferuje kuchnię włoską. Zakupiliśmy też bardzo dużo wody. Miejscowej, ale jest w porządku" - rzucił w biegu kucharz reprezentacji Polski.

Po późnym posiłku był wreszcie czas na odpoczynek. "Nie można mówić o żadnym wielkim zmęczeniu podróżą, warunki były naprawdę dobre. Prezydencki samolot komfortowo dowiózł nas do Azerbejdżanu" - powiedział nam Adam Nawałka, dla którego mecz z Azerbejdżanem będzie debiutem w roli asystenta Leo Beenhakkera.

Hotel Hyatt, w którym zamieszkali Polacy jest najlepszy w Azerbejdżanie. Doba w dwuosobowym pokoju kosztuje ponad 300 dolarów. "Wydobywamy tyle ropy naftowej, że szybko nadążymy za Europą, pod każdym względem" - mówił pewnie taksówkarz Farhad Armiedow. "W całym mieście rosną drapacze chmur. Wasz rodak zaprojektował budynek parlamentu. Teraz rządzą Amerykanie i Arabowie, a Baku upodabnia się do Dubaju. My przyjaźnimy się z USA i u nas jest normalnie. Armenia trzyma z Rosją i jest zacofana. Także dlatego nasze kraje nie utrzymują stosunków dyplomatycznych, a nasze granice są pozamykane" - mówił kierowca.

Nie zdziwił się, że piłkarze zamieszkali w Hyatcie. "Każdy słynny gość tam mieszka. Był u nas Julio Iglesias, Coolio, była Montserrat Caballier, ośmiu prezydentów i wszystkie możliwe reprezentacje piłkarskie. Najwięcej zabezpieczeń było, gdy przyjechali Anglicy" - opowiadał.

Polacy nie mają specjalnych wymagań. Nasz sztab prosił tylko, by do hotelu nie wpuszczać dziennikarzy i by zawodnicy mieli spokój. Menedżerowie kadry ucieszyli się, że piłkarze będą mieli do dyspozycji dwa baseny i największą w mieście siłownię.