"Bardzo nam zależało na tej wygranej" - zaznaczył Maciej Skorża. Daleko mu jednak było do popadania w samozadowolenie. "W drugiej części oba zespoły <gasły> i to przełożyło się na jakość gry" - przyznał szkoleniowiec Wisły.

Spotkanie rozstrzygnęło się już w pierwszej połowie. Najpierw wrzutkę z rzutu wolnego wykorzystał Arkadiusz Głowacki, potem zagranie Pawła Brożka wykończył strzałem z dystansu Wojciech Łobodziński, a obydwa gole padły przy udziale Patryka Małeckiego.

Co ciekawe, wiślacy na mecz, którego byli formalnym gospodarzem, mieli cztery razy dalej niż ich rywale, na razie w związku z remontem własnego stadionu muszą bowiem grać w Sosnowcu. Z tego też powodu, wbrew apelowi piłkarzy, by fani Białej Gwiazdy zapełnili trybuny, mistrzów Polski dopingowało tylko 1,5 tysiąca kibiców (fani gości nie byli na ten mecz wpuszczani), którzy nie zapomnieli zawodnikom pucharowego blamażu.

Trener pokonanych Waldemar Fornalik znalazł jednak pozytywną stronę dwumeczu krakowian z Levadią. "Wisła ma już za sobą mecze o stawkę w tym sezonie, dla nas była to inauguracja" - stwierdził trener niebieskich, usprawiedliwiając porażkę. "Na pewno wygrał zespół lepszy" - przyznał Fornalik.

>>>Zobacz sobotnie bramki w ekstraklasie

Nieudanie zainaugurowała nowy sezon Cracovia, zespół, z którym Wisła będzie w najbliższym czasie dzielić stadion Zagłębia Sosnowiec. Drużyna Pasów możliwość gry w ekstraklasie otrzymała w prezencie dzięki pozaboiskowym decyzjom w sprawie licencji, ale na razie nie potwierdza, że zasługuje na miejsce w najwyższej klasie rozgrywek. We Wrocławiu przegrała ze Śląskiem 0:2. Gra podopiecznych Artura Płatka nie wyglądała nawet tak źle, zabrakło im natomiast skuteczności. Między innymi Łukasz Szczoczarz strzelił z kilku metrów panu Bogu w okno, a Dariusz Pawlusiński trafił z rzutu wolnego w słupek. "Byliśmy zespołem dominującym i stworzyliśmy sobie więcej okazji bramkowych. Niestety, nieudolność spowodowała, że nie wygraliśmy" - komentował trener gości.

Z taką postawą pod bramką rywali Cracovia nie miała szans na korzystny wynik, tym bardziej, że już od 4. minuty przegrywała po ładnym strzale z ostrego kąta autorstwa Sebastiana Dudka. W drugiej połowie kropkę nad „i” postawił jeszcze piękniejszą bramką z rzutu wolnego Krzysztof Wołczek.

Śląsk zdobył trzy punkty, ale jego kibice patrzą w najbliższą przyszłość z mieszanymi uczuciami. Po przejęciu klubu przez Zygmunta Solorza spodziewano się spektakularnych transferów, tymczasem nic takiego nie nastąpiło, a trener Ryszard Tarasiewicz ma do dyspozycji bardzo wąską kadrę. A na dodatek przeciwko Pasom nie mogło zagrać czterech zawodników. "Nie chcemy składać deklaracji, że naszym celem są puchary, chociaż każdy z nas ma takie ambicje. Liga zweryfikuje wszystko" - powiedział pomocnik wrocławskiej drużyny Antoni Łukasiewicz.

>>>Ekstraklasa znów będzie Orange

Jagiellonia Białystok o pucharach nie ma nawet co marzyć, bo z powodu udziału w procederze korupcyjnym do rozgrywek przystąpiła z kontem minus dziesięć punktów. Trzy z nich białostoczanie odrobili już w meczu z Odrą, ale akurat takiego rozstrzygnięcia wiele osób się spodziewało. W ubiegłym sezonie potrzebujący punktów piłkarze z Wodzisławia wygrali w dość dziwnych okolicznościach w Białymstoku i według tzw. dobrze poinformowanych teraz miał nastąpić zwrot pożyczonych punktów.

Jak było - nie wiadomo, faktem jest, że Odra dość przypadkowo objęła prowadzenie po średniej jakości uderzeniu z dystansu Piotra Piechniaka, które w sobie tylko wiadomy sposób przepuścił do bramki golkiper gospodarzy Rafał Gikiewicz. Potem wszystko wróciło do normy. Już sześć minut przed przerwą wyrównał Tomasz Frankowski, a po kolejnym kwadransie zwycięskiego gola dla Jagi zdobył Kamil Grosicki.

"To prognostyk, że możemy minusowe punkty odrobić" - mówił trener gospodarzy Michał Probierz. Największe powody do zadowolenia miał natomiast Frankowski, który zdobył swoją 123. bramkę w ekstraklasie i tym samem został 10. strzelcem wszech czasów.