Na wielkiej ścianie jadalni w domu państwa Murańków mnóstwo pucharów i medali. Najwięcej w kolorze złotym. "To wszystko moje. Nie wiem dokładnie, ile tego jest, nie doliczyłbym się. Pucharów jest ze 120. A medali? Może więcej" - uśmiecha się niepewnie Klimek. "Ale to wszystko zdobyte na skoczniach, gdzie ledwo oderwiesz się od ziemi, a już musisz lądować. A ja bardzo lubię fruwać. Dlatego chciałbym być mistrzem w Planicy na mamuciej skoczni, bo tam się naprawdę fruwa" - dodaje. Niewiele rzeczy poza fruwaniem Klimek lubi. Czasami pogra na komputerze, ale w symulacji skoków narciarskich jest kiepski. Raz na jakiś czas pójdzie do knajpy nieopodal. Właściciel ma ryby w sadzawce, więc Klimek może sobie powędkować. Bez większych sukcesów.

Fruwanie idzie mu zdecydowanie najlepiej. Wystarczy spojrzeć na drugą ścianę w jadalni. "Klimek latał, Simon go łapał", "Adam, uważaj na Klimka", "Tajner: oto nowy Małysz" - dziesiątki tytułów z gazet mówią wszystko. Trudno w to uwierzyć, gdy widzi się siedzącego przy stole drobnego chłopca. Klimek, brązowy medalista mistrzostw Polski seniorów, właśnie przepisuje szkolny zeszyt. Nasza obecność go peszy, rozgląda się nerwowo i mówi nieśmiało, odsłaniając aparat na zębach. "Średnio się uczę. Raczej nie lubię nauczycieli. Jak można ich lubić, skoro dają jedynki? Jakby nie było tych jedynek, to bym ich lubił" - mówi. Można odnieść wrażenie, że szkoła jest dla niego złem koniecznym, odciąga od tego, co dobre. Przecież gdyby nie lekcje, miałby więcej czasu na skoki. Gdy go odwiedził DZIENNIK, był już późny wieczór. Niektórzy jego koledzy o tej porze spokojnie oglądają telewizję. On nie ma na to czasu. Wstaje o 9. Pływanie, trening, na 12. do szkoły. Ze szkoły wraca o 19. albo o 20. Kolacja, lekcje i spać. I tak od poniedziałku do piątku. "Moim kolegom zdarza się, że przysypiają na lekcjach, tak są zmęczeni" - twierdzi Klimek. "Dzisiaj jeden zasnął. Pani się nad nim ulitowała i go nie budziła. Ja miałem zamroczenia, ale jeszcze nie zasnąłem" - dodaje. "Czasami, jak to dziecko, w miejscu nie potrafi usiedzieć. Raz Klimek wjechał do mojego gabinetu na łyżworolkach, bo uciekał przed dziennikarzami" - śmieje się dyrektor zakopiańskiego Zespołu Szkół Mistrzostwa Sportowego Barbara Sobańska.

"Po historii z Mateuszem Rutkowskim miałam obawy, że sława źle na niego wpłynie, ale mile się zaskoczyłam. Gdy zostawił u mnie w gabinecie plecak, zapytałam się, czy aby mu ktoś cegieł do niego nie nawrzucał, bo jest bardzo ciężki. Odpowiedział, że to same książki. Do tej pory nie było na Klimka żadnych skarg. To grzeczny chłopak" - twierdzi. Na dowód dyrektor Sobańska wyjmuje dziennik pierwszej klasy gimnazjum, do której uczęszcza Murańka. "O, proszę! Klimek nie ma żadnej uwagi. A nie. Przepraszam. To strona z <plusami>. Zobaczmy, co jest obok. <Uczeń nie uważał na lekcji>" - czyta pani dyrektor. "Ale to tylko jedna uwaga. Są tu tacy, co mają ich więcej. Spójrzmy na jego oceny? No cóż, do orłów nie należy. Ale? O, proszę! Ma bardzo ładne oceny z geografii. Klimek to typ ucznia, który lubi historię, ale nie lubi sprawdzianów z historii. Na lekcje chodzi, bo tak każą rodzice. Uczy się, bo musi". "Niedawno przerabialiśmy <Szatana z siódmej klasy>. Bez sensu, bo ja to przeczytałem już w podstawówce. Teraz czytamy <Opowieść wigilijną>. Nie lubię bajek o duchach. Chyba wolę matematykę. Chociaż... Dzisiaj była klasówka z procentów. Musiałem ściągać" - mówi. "Przyznaję: nie do wszystkich obowiązków szkolnych podchodzę poważnie, jestem wesołkiem. Czasami rzucamy papierkami na lekcji. Strasznie to wkurza nauczycielkę" - dodaje. Szkolny psycholog Małgorzata Lewandowska twierdzi, że na początku pobytu w gimnazjum Klimek nie umiał się podporządkować, szybko dołączył do grupy rozrabiającej. Na jednej z lekcji on i jego koledzy mieli narysować zwierzę, z którym się utożsamiają i podać jego trzy cechy. Klimek narysował świnię, bo jest "gruba, głodna i śmierdzi". Potem bunt mu przeszedł. Narysował sympatycznego misia, "głodnego, dużego i puszystego". Popularność dodaje mu pewności siebie, ale nie deprawuje. W swojej klasie mógłby być gwiazdą. Jeździł przecież z Małyszem do Portugalii, aby promować Zakopane. Koledzy podkreślają jednak, że Klimek nie zadziera wysoko głowy, nie przechwala się, nie czuje się lepszy od innych. Nie kabluje, czasami pożartuje o dziewczynach, opowie coś o Małyszu. Swój chłop. Koleżanki są pod wrażeniem jego specyficznego poczucia humoru. Jedna z nich powiedziała, że jak Klimek coś palnie, to cała sala się śmieje. "Czy jest wygadany? W pewnym sensie tak. Ale jak się go o coś pytam, to tak średnio" - śmieje się Alicja Szafirska, pani od geografii. "I tak jest jednak nieźle. Klimek to przeciwieństwo swojego brata, który niedawno skończył trzecią klasę gimnazjum. Tamten próbował migać się od obowiązków, jak tylko mógł. A ten stara się bardzo. Miał opisać jakiś kraj na niecałej kartce papieru. Zapisał aż trzy. Pewnie ściągnął to z internetu, ale i tak robiło wrażenie" - mówi.

Kariera naukowa Klimkowi raczej nie grozi. Chłopak ma na szczęście pięcioro rodzeństwa, więc rodzice nie przelewają tylko na niego swoich ambicji. Poza szkołą musi się pilnować. Na wagary iść nie może, bo dyrektor Sobańska zaraz zadzwoni do jego taty, z którym się zna jeszcze z czasów wspólnych występów w kadrze Polski. "Ja bym go pilnował dzień w dzień, bo tak naprawdę nie wiem, co w nim siedzi" - mówi Krzysztof Murańka, ojciec Klimka. "Piwa nie dam mu spróbować. Panie Boże broń. Gdy wyjeżdża na zgrupowania za granicę, to bardzo się o niego martwię, bo przecież nie zawsze mogę jechać razem z nim. Jest pod opieką trenera Józka Jarząbka. Józek to dobry człowiek, ale nie ma twardej ręki. Dlatego Mateusz Rutkowski skończył tak, jak skończył. A Józek powinien chodzić za nim i powtarzać: <Mateusz, ho ho! Bo ci przywalę!>". Klimek jest zapatrzony w ojca. Czasami aż za bardzo. "Gdy mu skok nie wyjdzie, to patrzy na mnie i czeka, jak zareaguję. Klimek, co się tak patrzysz? No nie wyszło, następnym razem wyjdzie" - mówię mu. "No, ale ty patrzysz. I jak?...". "No to co, że patrzę? Rób swoje". "To nie jest dobre, gdy tak szuka u mnie rady i oceny, bo musi się nauczyć sam siebie oceniać" - mówi pan Krzysztof. Nie ukrywa, że martwi się o syna. "Na razie jest w porządku, Klimek wygrywa ze starszymi, ale co będzie jak przyjdą porażki" - zastanawia się. "Jest taki moment, gdy skoczek nie wie, co się z nim dzieje. Kiedy raz Sven Hannavald przyjechał do Zakopanego na Puchar Świata, to skakał 90 metrów jak przedskoczkowie. Nie wiedział, co się dzieje. Szybko spakował się i wyjechał. Podobnie było z Małyszem na Turnieju Czterech Skoczni. Szło mu fatalnie i Kuttin wysłał go do Wisły, aby sobie potrenował. Tam skakał razem z dziećmi na jednej skoczni, rzucał się z nimi śnieżkami. Szybko się podniósł, ale czy Klimek się podniesie? Nie wiem" - dodaje. Wiadomo, że ma bardzo silną psychikę. Jak dorosły. Dla zwykłego człowieka skok na nartach to wariactwo. Dla Klimka rutyna. Robi to bez mrużenia oczu. Raz skoczył nawet 135 metrów. W wieku 10 lat. Jak ktoś chce fruwać w Planicy, nie może bać się Wielkiej Krokwi. "A co mam się bać" - wzrusza ramionami młody skoczek. "Gdy skakałem po raz piąty czy szósty w życiu, to
narty i buty zostały na dole, bo były za duże, a ja w samych skarpetkach wyskoczyłem do góry. Trochę się poobijałem, ale nie mam żadnego urazu ani lęku wysokości. Teraz siadam na belce i normalnie jadę. Mam dobrze skoczyć i już. Wiem, czym się kończy taki skok. Miłym lądowaniem. Wiatr? Jaki wiatr? Rodzice się go boją, ja nie" - twierdzi. Pani Janina Murańka pokazuje zdjęcie DZIENNIKOWI. Na pierwszym planie uśmiechnięta twarz syna, który zaraz usiądzie na belce. W dole - przepaść. "On jest wrażliwy, ale nie denerwuje się" - mówi matka Klimka. "Spokojnie siada na belce i wio" - dodaje. Młodemu Murańce pomaga wiara. Jest tak silna, że pozwala nie czuć strachu przed niczym (no, może poza dziennikarzami). Klimek jako jedyny ze swoich kolegów z kadry żegna się przed skokiem. Nie czuje przy tym ani wstydu ani zażenowania. "Powtarzam mu - <Nie żegnaj się tak, jakbyś muchy odganiał, bo to ma być znak krzyża, jak się należy>" - przekonuje Krzysztof Klimek. "Dla nas religia to podstawowa sprawa. Klimek dzień w dzień, rano i wieczorem mówi paciorek. On wszystko zawierzył Bogu. Wpajamy mu, że wszystko, co dobre, od Boga pochodzi".

Pan Krzysztof to góral z dziada pradziada. Jest człowiekiem stanowczym i charyzmatycznym, tradycjonalistą. Robi wszystko, aby swoje wartości przelać na synów. "Pięć metrów stąd się urodziłem - wskazuje palcem - I tu umrę. Pracowałem w Wiedniu, mogłem się tam z rodziną przenieść, ale z Zakopanego się nie ruszę. Ciepło mamy, głodni nie chodzimy. Czego więcej potrzeba? Czasami ludzie mówią, że chcieliby wygrać milion na loterii. Ale co ja bym z tym milionem zrobił?Kupiłbym pół Zakopanego jak Bachleda-Curuś? Teraz ludzie go obserwują dzień w dzień, wytykają palcami, biedak nie wie, gdzie ma się podziać. Po co mi to? Myślę, że Klimek patrzy na to wszystko podobnie. Zresztą, niech pan go zapyta, co o tym sądzi" - mówi. Klimek patrzy na to podobnie jak ojciec. Cyfrowane portki, białą koszulę z metalową zapinką i ozdobny serdak zakłada z przyjemnością. Gwarą nie mówi, bo telewizja i szkoła robią swoje, ale zakopiańskim góralem i tak pozostanie na zawsze. "Byłem w wielu krajach, ale Zakopane jest najlepsze. Nawet gdybym miał wszystkie skarby świata, to stąd nie wyjadę. Po co mi opalanie się na plaży? Przyzwyczaiłem się do zimna. Lubię narty, nasze góry. Do końca życia tu będę" - mówi z przekonaniem DZIENNIKOWI Klimek. Tego, co piszą o nim gazety, przeważnie nie czyta. Tak poradził mu kiedyś Małysz. "Klimek, nie daj Bóg, żebyś czytał czy oglądał coś na swój temat. Najpierw obrastasz w piórka, cieszysz się, że dobrze o tobie piszą, ale potem, jak coś ci nie pójdzie, wszyscy cię zgnoją" - usłyszał. I Klimek posłuchał. Przed dziennikarzami uciekał kilkakrotnie. Raz na
łyżworolkach, innym razem skacząc przez płot za szkołą. Do popularności ma zdrowy stosunek. Mówi o niej niechętnie. Nie zastanawia się nad nią za bardzo, nie chwali, a toleruje. Czasami ma jej dość, bo same przez nią problemy. Trzeba coś dementować albo się wstydzić. Tak jak ostatnio, gdy doznał kontuzji kręgosłupa podczas zajęć. Pisano, że ktoś zrzucił na niego materac z premedytacją, że ktoś chciał go wyeliminować z kadry, że ktoś mu zazdrościł. "To nie było po złości" - wyjaśnia Klimek. "To było dla żartów". Pani Janina na wspomnienie o tamtej sytuacji denerwuje się: "Gdzie był wtedy trener? Przecież wiadomo, że z tymi sympatiami w klubie to jest różnie". Ale Klimek bagatelizuje całą sprawę. Wiele wskazuje, że i tak wystartuje w Pucharze Świata w tym sezonie. A dla niego najważniejszą sprawą jest skakanie razem z idolami Robertem Kranjcem i Adamem Małyszem. "Chciałbym przeskoczyć Małysza. Już raz go przeskoczyłem, ale to były eliminacje do mistrzostw Polski. Chciałbym tak na Pucharze Świata" - rozmarza się młody skoczek. I wskazuje na wielkiego husky. "Gdy skoczyłem na
Wielkiej Krokwi 135 metrów, miałem wystartować w Pucharze Świata, ale nie wystartowałem. Tata dał mi na pocieszenie tego psa. Następnego psa dostanę nie na pocieszenie, tylko w nagrodę. Oj, chyba dużo będę miał tych psów" - mówi DZIENNIKOWI.