"Wojownicy" dość łatwo poradzili sobie w finale play off Konferencji Zachodniej, chociaż zdarzały się mecze - jak ten ostatni - w trakcie których przegrywali różnicą kilkunastu punktów. W odpowiednim momencie potrafili jednak włączyć wyższy bieg i "uciec" rywalom, mimo że grali bez kontuzjowanych Kevina Duranta i DeMarcusa Cousinsa. Dodatkowo przed wtorkowym spotkaniem urazu lewej łydki doznał weteran Andre Iguodala.

Warriors są dopiero drugim klubem w historii, a pierwszym od ponad pół wieku, który przez pięć kolejnych lat zdołał zakwalifikować się do wielkiego finału NBA. Daleko im jednak do rekordu Boston Celtics - awans wywalczyli 10 razy od 1957 do 1966 roku i sięgnęli po dziewięć tytułów. W tej klasyfikacji za Warriors plasują się Los Angeles Lakers, znów Celtics, Miami Heat i Cleveland Cavaliers - po cztery finały z rzędu.

Obrońcy tytułu, którzy byli najlepszą drużyną sezonu zasadniczego na Zachodzie, rywalizację finałową rozpoczną pod koniec maja. Na pewno będą mieli znacznie więcej wolnego od swych rywali, ponieważ na Wschodzie zmagania jeszcze trwają, a na razie Milwaukee Bucks prowadzą z Toronto Raptors 2-1. Rywalizacja toczy się do czterech zwycięstw.

W poniedziałek Warriors w trzeciej kwarcie przegrywali 78:95, a mimo to potrafili odrobić straty i triumfować. Stephen Curry popisał się tzw. triple-double - 37 punktów, 13 zbiórek i 11 asyst. Niewiele ustępował mu Draymond Green - 18 pkt, 14 zbiórek i 11 asyst. Wcześniej nie było takiej sytuacji, aby dwóch zawodników zanotowało potrójną zdobycz w trzech elementach, ale jak podkreślają zagraniczne media obaj musieli wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności wobec absencji kilku kolegów.

Curry w piątym kolejnym występie w play off uzyskał co najmniej 30 pkt, ale sukces w dogrywce przypieczętował Green.

"Chociaż w naszych szeregach brakowało trzech ważnych graczy, to jednak znów wygraliśmy. Duże znaczenie miało nasze doświadczenie. A w finale będziemy jeszcze mocniejsi i postaramy się założyć kolejny pierścień mistrzowski" - przyznał Curry.

W zespole z Portland wyróżnili się Meyers Leonard - 30 punktów (trafił 12 z 16 rzutów z gry), Damian Lillard - 28 i C.J. McCollum - 26.

"Trafiliśmy na głębszą wodę niż nam się wydawało, ale pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie rywalizować na wysokim poziomie. Ktoś powie, że przegrywaliśmy wysoko, lecz potrafiliśmy też prowadzić dwucyfrową różnicą punktów. Niestety nie byliśmy w stanie utrzymać korzystnych wyników" - przyznał Lillard.