Jak się pan czuje na aucie polskiej piłki?

Reklama

Michał Listkiewicz: Nie za dobrze. Ale bardzo podniosła mnie na duchu niedawna rozmowa z premierem Jerzym Buzkiem. Powiedział mi tak: panie prezesie, jest pan na takim samym etapie jak ja, kiedy przestawałem być szefem rządu. Notowania miałem marne. Nagle świat wokół mnie się zmienił. Zaczynałem się zastanawiać, gdzie jest najbliższych postój taksówek. Dziś Jerzy Buzek jest oceniany jak wybitny polityk. Wszedł do europarlamentu z rekordową liczbą głosów. Okres jego premierowania oceniany jest wysoko. On mi powiedział, że ze mną za parę lat będzie podobnie. Wierzę Buzkowi.

Na razie wciąż nie jest pan dobrze postrzegany. Grubo ponad dwustu zatrzymanych w futbolowej aferze korupcyjnej to nie jest pana dobra wizytówka. Jak pan mógł nie wiedzieć, co się wokół dzieje?

O to samo można zapytać ministra zdrowia czy ministra spraw wewnętrznych, bo w ich resortach też jest sporo nieprawidłowości. Zatrzymuje sędziów z trzeciej ligi, których ja nawet inicjałów nie znam. Natomiast prawdą jest, że trzeba było reagować zupełnie inaczej, niż ja reagowałem. Podawałem aspirynę zamiast antybiotyku. Chlapnąłem po pierwszym zatrzymaniu o jednej czarnej owcy, wygłupiłem się. To prawda, rzeczywiście straszna pomyłka, ale tak mi się wydawało. Nie jest jednak tak, że nic nie robiliśmy. Zgłosiliśmy mecz Arki z Mławą do prokuratury, a ta umorzyła postępowanie. Albo sprawa Szczakowianki. Omal nie musieliśmy zapłacić wielomilionowego odszkodowania za jej degradację. Teraz przepisy antykorupcyjne w polskiej piłce są już najsurowsze w Europie. Istnieje obowiązek składania weksli, oświadczeń o niekaralności itp.

Czy to prawda, że zastanawia się pan nad swoim kandydowaniem w następnych wyborach na prezesa PZPN?

Jest jeszcze dużo czasu do wyborów. Na razie chciałbym zostać wykorzystany w stu procentach przy organizacji Euro 2012. W tej chwili jestem jestem w ledwie trzydziestu. O powrocie pomyślę później. Zgadzam się, że PZPN należałoby trochę odmłodzić. Ja jednak niby jestem siwy, ale wcale nie stary. Osiwiałem w wieku 30 lat. Niektórzy mówią mi, że źle zrobiłem, że zrezygnowałem już teraz. Jednak jakiś pożytek z tego PZPN ma. Moja siwa głowa, która przyciągała pioruny, zniknęła. Przecież byłem synonimem całego zła w polskiej piłce. Tak mnie media przedstawiały. Ze zwykłymi ludźmi zawsze miałem dobre stosunki. Poza niektórymi przypadki zdziczenia, jak dewastacja grobu matki matki czy grożenie, że moja głowa znajdzie się w Wiśle, wszytko było OK. Nie odczuwałem nienawiści. Może dlatego, że nie szpanuję, jestem normalny, nie bywam w drogich miejscach, lubię być na działce, pójść na mecz juniorów, jeżdżę tramwajem.

Pije pan do stylu, który prezentuje teraz Grzegorz Lato. Pana następca zatrudnił nawet firmę marketingową, która dba o jego wizerunek...

Przegapiłem ten moment, kiedy trzeba było o tym pomyśleć. Dziś w takim świecie żyjemy. Ale ja pamiętam czasy Kazimierza Górskiego, dziennikarzy, którzy nie dogryzali, nikt nie ośmielał się skrytykować takiego prezesa. Czasy się zmieniły. Prezes PZPN to jedna z dziesięciu najbardziej rozpoznawalnych postaci w Polsce. W rządzie jest wielu ministrów, których nikt nie kojarzy, ale szefa PZPN zna każdy. To niemalże celebryta. O mnie, o Dodzie czy Joli Rutowicz pisze i mówi się więcej niż o Zbigniewie Zapasiewiczu. Nie twierdzę, że tak powinno być, tak po prostu jest.

Jako menedżer też się pan nie sprawdził. Był pan rozrzutny. Kontrakt Beenhakkera jest tak podpisany, że teraz pana następcy nie mogą go zwolnić, choć mają na to ogromną ochotę.

Tak, byłem rozrzutny. Zdobyłem trenera z najwyższej półki. Nawet pan tak twierdził. Nie żałowałem też pieniędzy na reprezentację. Znajdowałem środki, jak zawodnicy mnie prosili. Przed pamiętnym meczem z Portugalią rada drużyny przyszła do mnie. Zawodnicy obiecali, że dadzą z siebie wszystko, tylko żebym coś z mieszka wyciągnął. I wyciągnąłem. Do pensji Beenhakkera bym się jednak nie o przyczepiał. Jego rodak Guus Hiddink bierze w Rosji trzy razy tyle co on.

Wierchuszka PZPN przyznała sobie niedawno bardzo duże podwyżki. Czy pan jako doradca prezesa Laty też ją dostał?

Ja dostałem obniżkę i to jest całkiem naturalne. Lato ma 50 tys. zł miesięcznie. To dużo, ale też odpowiedzialność jest spora. Czym jest jednak jego pensja przy milionach, które zarabiają rocznie prezesi banków? PZPN nie jest finansowany przez państwo. Poza tym pamiętajmy, że te 50 tysięcy Grzegorza to jest kwota brutto, prawie połowa idzie na podatek.

Niech pan nie żartuje. A nie bulwersuje pana sposób, w jaki sprzedano prawa telewizyjne do meczów polskiej reprezentacji? Po cichu, bez przetargu, bez ekspertyz, konsultacji, na długie lata...

Nie znam szczegółów tej sprawy. Nie tak do końca po cichu, bo komunikat był, kwota została podana. Nie zgadzam się jednak, że to jest zła decyzja. Kupujący prawa SportFive to jest bezwzględny lider na rynku europejskim. 35 federacji ma z nimi umowy na 53 istniejące w Europie.

Beenhakker wyraźnie się wypalił, jeśli chodzi o pracę z reprezentacją. Nie przyjeżdża na najważniejsze mecze ligowe czy finał Pucharu Polski. Widać, że brakuje chemii między nim a drużyną. Czy nie było błędem, że pan przedłużył jego kontrakt jeszcze przed mistrzostwami Europy? Beenhakker sam mówi, że ma dosyć Polski, dosyć polskich dziennikarzy, wszystkiego co się tutaj dzieje.

To prawda, on się bardzo zmienił. Gdzieś wygasł ten jego ogień. Nie jest już tym Leo pełnym werwy i entuzjazmu. Nie chcę dochodzić, po czyjej stronie jest wina. Pewnie każdy trochę jest winien. Ja zaryzykowałem. Czas pokaże, czy to ryzyko opłaciło się, czy nie. Po prostu postawiłem na Leo, wierzyłem, że wprowadzi nas także do mundialu.

Czy to nie jest tak, że on odgrywa się na działaczach PZPN, na samym prezesie, że kpi sobie w żywe oczy, robi co chce, nie przyjeżdża na ważne spotkania no i oni nie mogą nic zrobić? Właśnie dlatego, że pan podpisał tak dobry kontrakt z Beenhakkerem i może czuć się nienaruszalny.

Otóż jest naruszalny. W kontrakcie nie ma słowa o odszkodowaniu. Jest to normalna umowa o pracę. Oczywiście to jest też moja wina, że nie wpisaliśmy mu do kontraktu obowiązku stawiania się w pracy, czyli na najważniejszych meczach. Myślę, że moi następcy mogli ten mój błąd naprawić. W tej chwili nie ma co już cięciwy napinać. Trzeba się skupić na tych meczach, które nam pozostały. Leo jest zbyt wytrawnym i doświadczonym człowiekiem, żeby nie zdawać sobie sprawy, że jeżeli da plamę jesienią, to jego trenerskie CV bardzo na tym straci.

Podczas zgrupowania w RPA selekcjoner rzucił do dziennikarzy: fuck off. Może to świadczyć o tym, że całkowicie stracił kontrolę na sobą...

Amerykańskich filmów się naoglądał. Tam „fucki” padają w co drugim zdaniu. I tak naprawdę nie jest to aż tak wulgarne jak w przetłumaczeniu na język polski. Młodzież tak mówi, traktując jako przerywnik. Z tym, że Leo to nie jest już młodzież. Pan w jego wieku powinien dobierać słowa innego rodzaju i nie przejmować się tak bardzo dziennikarzami. Owszem, obrywa teraz od was, ale ja obrywałem sto razy mocniej i „fuckami” nikogo nie częstowałem.

Kto powinien być następcą Leo Beenhakkera?

Trzeba się porządnie zastanowić. Miałem szczęście z mianowaniem trenerów. I Jerzy Engel, i Paweł Janas, i Leo Beenhakker wywalczyli awans. I mógłbym teraz chodzić dumny jak paw i powiedzieć: „No to proszę bardzo, będę sobie czekał, który prezes wywalczy kolejne awanse do mistrzostw świata lub Europy”. Ale zupełnie nie o to chodzi. Zrobiłem chyba błąd, zwalniając za szybko tych trenerów. Szczególnie mi żal Pawła Janasa, że wtedy, pod wpływem tej nagonki medialnej, tej strasznie wobec Pawła nieprzyjaznej atmosfery, nie ukrywam - również nacisków politycznych - ze strony ówczesnego Ministerstwa Sportu, uległem. Janas powinien zostać. Gdyby tak się stało, wyniki nie byłyby wcale gorsze niż za Leo.

Komu konkretnie pan uległ?

Minister sportu Tomasz Lipiec otwartym tekstem powiedział, że w tej sytuacji, jeżeli chcemy spokoju, to trzeba zmienić trenera. Powinienem się przeciwstawić, ale zabrakło mi odwagi.