Na inaugurację gdańskiego turnieju biało-czerwoni zagrają w piątek o 17 z Tunezją, w sobotę o 15 zmierzą się z Francją, a w niedzielę, na zakończenie zmagań w Ergo Arenie, także o 15 ze Słowenią.

„To wyjątkowo trudna impreza, bo trzeba w tym terminie wstrzelić się z formą i jak najlepiej czuć podczas jednego dnia i jednego meczu. Właściwie to podczas dwóch dni. Nigdy nikogo nie lekceważę i nie chciałbym, żeby to źle zabrzmiało, ale jeśli zamierzamy wygrać z Francją i Słowenią, nie możemy obawiać się Tunezji. To rywal, z którym, przy naszej oczywiście dobrej grze, powinniśmy sobie poradzić. A najważniejszy mecz czeka nas w sobotę i mam nadzieję, że w niedzielę będziemy mogli dokończyć dzieła” – stwierdził.

Przed tym turniejem Francuzi, którzy uchodzą za najtrudniejszych rywali biało-czerwonych, dwa razy pokonali w towarzyskich meczach Stany Zjednoczone – 3:1 oraz 3:0. Kubiak nie oglądał jednak tych spotkań.

„Nie interesuje mnie jak grają Francuzi, interesuje mnie tylko jak my zagramy. Zawsze powtarzam, że jeśli wypadniemy dobrze, na swoim poziomie, nie musimy obawiać się żadnego zespołu na świecie” – powiedział.

Kapitan biało-czerwonych uważa, że sprzymierzeńcem gospodarzy może okazać się także terminarz.

„Prawo organizatora jest takie, że może ustalić harmonogram meczów pod siebie i dlaczego mamy nie skorzystać z tego przywileju i ułożyć terminarza tak, żeby pasował głównie nam? Po turnieju przekonamy się, czy nam rzeczywiście pomógł. Zobaczymy w jakich nastrojach zakończymy tę imprezę, ale jestem pełen optymizmu” – zapewnił.

Taki układ meczów spotkał się jednak ze sporą krytyką ze strony Francuzów.

„Nie mam wpływu na to, co robią i mówią Francuzi. To zresztą ich sprawa. Gdyby byli organizatorem to przygotowaliby turniej pod siebie, ale nie są. Zawsze ktoś będzie narzekał i zawsze komuś coś będzie nie pasowało. Staramy się, aby było jak lepiej dla nas, a czy faktycznie będzie i przyniesie zamierzony rezultat, zobaczymy. Mam nadzieję, że tak. Kwalifikacje olimpijskie to bardzo ważny turniej i przyjeżdżając do gospodarza trzeba się liczyć z tym, że będzie pod górkę. My też mamy zresztą pod górkę, bo trafiliśmy na najtrudniejszych rywali z sześciu turniejów. Na początku wszystkie drużyny są w takiej samej sytuacji i mają równe szanse” – ocenił.

31-letni przyjmujący podkreśla, że z praktyką układania terminarza meczów pod gospodarzy spotkał się już wiele razy.

„Podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata ten kalendarz ustawili pod siebie nasi rywale, czyli Bułgarzy oraz Włosi, którzy mieli dzień odpoczynku więcej od nas. W Turynie, łącznie z finałem, graliśmy cztery mecze dzień po dniu” – przypomniał.

Mistrz Japonii w barwach Panasonic Panthers Hirakata nie ukrywa, że nie może doczekać się rozpoczęcia tego turnieju. Także z tego względu, że z igrzyskami wiąże ogromne nadzieje.

„Wszyscy mamy dosyć czekania, bo w kadrze jesteśmy ze sobą od maja, czyli już trzy i pół miesiąca. Dla mnie, jako sportowca, zawsze najważniejsze było pojechać na igrzyska, odegrać w nich kluczową rolę i zdobyć medal. Na razie nie było mi to dane, ale mam nadzieje, że kiedy pojadę po raz trzeci i ostatni, to w końcu się uda” – dodał.

Dodatkową szansę zespoły z Europy będą miały na początku stycznia, kiedy zaplanowano turniej kontynentalny. Weźmie w nim udział osiem najwyżej sklasyfikowanych teamów, które nie wywalczyły olimpijskiej kwalifikacji. W stolicy Japonii także zagra tylko zwycięzca.

„Trzeba brać pod uwagę każde rozstrzygnięcie, także turniej kontynentalny w styczniu, chociaż wszystkim byłoby wygodniej i łatwiej, a zwłaszcza mi, bo musiałbym przylecieć z Japonii, żeby awansować już teraz. Życie sportowca nie zawsze jednak składa się ze spełnionych oczekiwań. Pod uwagę należy brać wszystkie scenariusze, ale mówi się również, że ten kto ma plan B, nie wierzy się w plan A. A ja wierzę w plan A, którym jest kwalifikacja do igrzysk już w niedzielę” – podsumował.