Grał pan w finale Polskiej Ligi Siatkówki, teraz walczy w finale włoskiej Serie A. Jak porównałby pan te dwa finały?

Michał Winiarski: Ciężko to zrobić, bo w Polsce grałem w Skrze Bełchatów, która przystępowała do walki w roli faworyta. Byłem wtedy przekonany, że wygramy, co... mogło okazać się zgubne. Pokonaliśmy Jastrzębski Węgiel 3:1, ale gdyby nie kontuzje rywali byłoby ciężko. Teraz w Italii nikt nie liczył, że Itas Diatec tak szybko się zgra, że ta mieszanka Bułgarów, Polaków i Włochów dowodzona przez rozgrywającego Nikolę Grbicia z Serbii tak szybko okaże się silna. Mieliśmy awansować do finału, ale po wygranej rundzie zasadniczej apetyty wzrosły. Dlatego nie dopuszczamy do siebie mysli, że moglibyśmy przegrać decydujące trzecie spotkanie z Coprą Piacenza. Dziwny jest ten tegoroczny finał, bo gra się tylko do dwóch zwycięstw. Sukces był blisko w drugim spotkaniu, tym niedzielnym, a teraz jest tak daleko. Ale jestem przekonany, że wygramy.

Trudniej grać, gdy walka toczy się do dwóch zwycięstw?

Emocje są dwa razy większe, nie ma miejsca na jeden nawet najdrobniejszy błąd, bo ten może mieć poważne konsekwencje. Stres jest wielki, wszystko w nas aż kipi. Chciałbym zaraz po tej niedzielnej porażce wyjść na boisko i walczyć w decydującym spotkaniu.

Emocje i kłótnie na boisku są rzeczywiście ogromne. Gdyby w Polsce zawodnicy tak samo protestowali przeciwko decyzjom sędziów, posypałyby się żółte, a może nawet czerwone kartki.

Bo takie jest napięcie w tym finale. Sędziowie się mylą, a my to widzimy i chcemy dowieść swoich racji. Protestuje się czasem może nazbyt emocjonalnie, ale gramy o wielką stawkę. Sędzia musi się w tym odnaleźć. Gdyby arbitrzy zaczęli szastać kartkami, dopiero by się zaczęło... Tym bardziej, że meczom towarzyszy ogromna presja kibiców. W Trydencie panuje teraz małe szaleństwo, wszyscy chcą przyjść do hali. A miejsc jest tylko niecałe 4 tysiące, choć na trybuny przedostaje się więcej widzów...

Wasi widzowie będą świętować? Zdobędzie pan w środę tytuł mistrza Włoch i zostanie trzecim – po Edwardzie Skorku i Michale Łasko, który teraz gra dla reprezentacji Italii – siatkarzem z Polski, który wygra najlepszą ligę świata?

Bardzo bym chciał, podobnie jak Jakub Bednaruk, który też przecież jest w Trento. Podobne plany ma jednak Marcel Gromadowski z Piacenzy, którego zagrywka pomogła zespołowi w ostatniej akcji tego dziwnego i pechowego dla nas niedzielnego tie-breaka. Po tym piątym secie czujemy wszyscy w Itas Diatec Trentino ogromną złość. Przecież do szczęścia brakowało dwóch punktów! Jak w środę wyjdziemy na decydujący mecz z Piacenzą, to chyba będziemy chcieli ich roznieść.

U siebie w play-off Itas Diatec Trentino nie stracił jeszcze nawet seta. Podtrzymacie tę serię?

Przed meczem w Piacenzie byłem przekonany, że tak się stanie i zakończymy ten finał wynikiem 2:0. Było blisko. Gdy udało mi się zablokować atak Vigora Bovolenty i wyrównaliśmy na 14:14, myślałem, że rywal jest nasz. Niestety w kolejnej akcji sędzia odgwizdał mój błąd, uznał, że przełożyłem ręce nad siatkę.

W tych finałach blokuje pan kapitalnie.

Często decyduje intuicja, wyczucie akcji rywala. Ale jestem zadowolony z tego elementu.

Może Nikola Grbić powinien więcej grać do pana? Zaczął pan mecz od trzech świetnych ataków, miał wysoką skuteczność, a potem atakował głównie Matej Kazijski.

Atakował rewelacyjnie, choć ponad 40 razy. Ja tylko 15, nie wiem dlaczego. Czułem się dobrze, uważam że jestem w wysokiej formie, czego dowodem tytuł MVP w pierwszym meczu. Ale mam też sporo innych zadań.

Łatwiej panu grać w klubie z Grbiciem czy z Pawłem Zagumnym w reprezentacji?

Obaj są wielcy. Nikola to wybitny zawodnik i osobowość, ale... wolę grać z „Gumą”. Nikoli się nie czepiam, zwłaszcza że nasza współpraca z każdym meczem się poprawia, a teraz rozumiemy się już znakomicie, ale Pawła lepiej znam. Może wystawiać mi piłki w ciemno, gra szybko.

Czy Zagumny w meczach reprezentacji będzie pana częściej zatrudniał w ataku?

Pewnie nie zawsze, ale chyba często. Czuję się na siłach dużo atakować, mówiłem że jestem w formie. Liczę, że to się nie zmieni.

Trener Raul Lozano dał do zrozumienia, że nie będzie miał pan wakacji, tylko zaraz po ostatnim meczu finału trafi na obóz do Spały. Rozmawiał pan z selekcjonerem?

Przed pierwszym meczem, teraz mamy się skontaktować po ostatnim. Ale jeśli Raul twierdzi, że lepsza dla mnie będzie plaża niż siłownia, nie mogę z tym polemizować. Teraz przede mną najważniejszy miesiąc w roku, potem pewnie kolejne. Skoro tyle wytrzymałem, dam radę i tym razem, w Spale. Dla medalu olimpijskiego wytrzymam wszystko, zacisnę zęby i będę znów trenował na maksa.